∂ Fuck Us ∂ WTF?!
2006
luty (26)
marzec (13)
kwiecień (4)
maj (4)
czerwiec (6)
lipiec (6)
sierpien (12)
wrzesień (7)
październik (2)
listopad (2)
grudzień (2)
2007
styczeń (2)
luty (4)
marzec (3)
kwiecień (3)
maj (2)
czerwiec (2)
lipiec (2)
sierpien (8)
wrzesień (5)
październik (4)
listopad (1)
grudzień (1)
2008
luty (1)
kwiecień (1)
Forum Sweet Children
Sweet Children Commercial
Reklama >> czwartek, 3 kwietnia 2008 21:48:40
www.thecatcherintherye.mylog.pl
Powrót, że tak powiem. Zapraszam.
Castaway
komentarze [2]Pitiful... >> wtorek, 19 lutego 2008 19:59:26
- BEEEEEEEEEEK!
Magda ostentacyjnie przewróciła oczami.
- Billie, opanuj się.
- O so si chozi? - odpowiedział jej pijacki bełkot Armstronga.
- O to, że zachowujesz się jak świnia.
- Nis nazwyczajneho w tym towaszyswie.
Kobieta rozejrzała się po Rudy's Can't Fail Café, który to lokal powinien raczej zmienić nazwę na Chaos albo coś w tym guście. Na pierwszym planie Tré leżał z rozkrzyżowanymi ramionami, mamrocząc coś niewyraźnie, dalej Mike i Sell popijający kolejkę za kolejką. Rox, jako jedyna niepijąca, pilnowała, by dzieciaki nie narozrabiały za bardzo, co w konsekwencji prowadziło do jeszcze większego spustoszenia. Prowianty za to na zmianę zwracały zawartość swoich żołądków.
- Nie, to jest koniec. Wystarczy, wychodzę.
- Przecież nawet nie ma północy, Magda, nooo...
Magda zapięła kurtkę i wyszła, nawet nie spoglądając na to, co miało być sylwestrową imprezą. Wyszła na zewnątrz. Zimny wiatr sprawił, że przeszedł ją dreszcz. Westchnęła głęboko i skierowała się w stronę domu. Nie zrobiła jednak nawet dwóch kroków, gdy na parking przed RCFC wytoczył się za nią jej mąż i, zataczając się, podążył za nią.
- Magda, no wrasaj tu... Jakoś nigdy si to nie przeszkasało...
- Ale zaczęło! - krzyknęła Armstrong, odwracając się tak gwałtownie, że BJ cofnął się, zachwiał i pacnął tyłkiem o beton. - Potrzebowałam wielu lat, ale wreszcie dotarło do mnie, że to wszystko jest DO DUPY! Że wyszłam z własnej woli za chamskiego, obleśnego wykolejeńca, który nie umie nic, poza darciem ryja i chlaniem wódy! Nie chcę takiego życia!
- Zaczyna się... - powiedział mężczyzna do siebie, podnosząc się z ziemi. - I snowu chsesz się ze mną kłócić? Ostatnio inaszej już nie rosmawiamy, bo ty tylko się ściekasz! Nis si się nie podoba!
- Żebyś wiedział!
- Chyba trochę za wcześnie na klimakterium, so? Bo tak się zachowujesz... - Billie nagle wytrzeźwiał.
- I co, to wszystko jest moja wina?!
- A czyja?!
- To nie ja się na ciebie ostatnio wypięłam, tylko ty na mnie! Liczy się tylko kariera, nie ja! I w ogóle cię nie obchodzi, co ja o tym myślę!
- Więc co myślisz?!
- Że mam cię dość. Odchodzę.
Odwróciła się na pięcie i odeszła.
- A idź, krzyżyk na drogę - krzyknął za nią Billie, po czym wrócił do środka.
- Tato, gdzie mama? - zapytał Jimmy, który nie mógł nic słyszeć, ale widział, jak się kłócili.
- Poszła do domu. Zmęczona jest. Ostatnio się przepracowuje.
- Tak, pracuje nad promocją naszej płyty, Billie - powiedział Mike.
- Ta, jeszcze mi powie, że robi mi łaskę! A w dupie, sami damy sobie radę, niech zajmie się The Outwited, proszę bardzo.
Godzinę później wybiła północ. Ale Billie czekał na to jak na zwykłą formalność. Nie miał już ochoty na zabawę. Zebrał swoje dzieciaki i razem pojechali taksówką do domu. Drzwi frontowe były zamknięte. BJ wygrzebał klucze z kieszeni i weszli do środka.
- Magda?
Mężczyzna przeszukał cały parter. Bezskutecznie. Na piętrze również było cicho.
- Skarbie, nie chowaj się przede mną... Ej, gdzie jesteś, chciałem cię przeprosić... Magda...
Wszedł do sypialni. Również i ten pokój był pusty. Armstronga ogarnął niepokój. Zdjął marynarkę i otworzył szafę, żeby ją odwiesić. Spojrzał do środka i stanął jak wryty.
Pusto. Tylko kilka rzeczy należących do BJ'a. Przerażony podbiegł do komody. Wysunął szufladę, w której zazwyczaj znaleźć można było bieliznę jego żony. Pusto. Sprintem przemierzył pokój i wpadł do łazienki, ślizgając się na płytkach. Zero damskich kosmetyków. Brak jednej ze szczoteczek do zębów i ręcznika.
Odeszła.
Castaway
komentarze [16]roll roll roll a joint... twist it in the ends ... >> piątek, 28 grudnia 2007 21:39:55
- O tak, Tre… Kocham Cię! – krzyczała Rox, podczas stosunku z mężem. Nagle jednak zadzwonił telefon komórkowy Cool’a, Roxanne wylądowała na drugiej połowie k(r)ólewskiego łoża. Tre odebrał, wstał z łóżka nic nie mówiąc i wyszedł za drzwi dokończyć rozmowę.
- Ja pieprzę, co on odpierdala! – wrzasnęła Roxanne. Po chwili sama podniosła się, i weszła do łazienki pod prysznic.
Tymczasem dzieciaki pogrążone były w weekendowej nudzie.
- Hallway! Hall, gdzie Ty do cholery jesteś?! – Roomxes waliła pięściami po drzwiach od sypialni brata. Nie uzyskała żadnej odpowiedzi, dlatego też weszła do środka i ujrzała brata, a właściwe jego tyłek i plecy, całkiem nagie… a przed nim mega plakat Avril Lavinge.
- O kurwa !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! – wrzasnęła. Po odgłosie zasuwanego rozporka, brat odwrócił się do niej.
- Tylko nie mów nic mamie. – powiedział, siostra wyszła z pokoju. Szła twardo po piętrze, a w głowie próbowała sobie ułożyć że tego po prostu nie było. Krzątała się samotnie po olbrzymim domu, w końcu stwierdziła że pójdzie się przejechać na koniu. Tak, Cool’owie od czasu wydania przez Green Day American Idiot wydali trochę pieniędzy. Między innymi na samochody, dwa konie, psy, telewizory, cały dom, basen, jacuzzi i wiele innych gwiazdorskich gadżecików.
Roomxes więc, dotarła do stajni przygotowała konia i ruszyła w drogę, w teren wokół domu, który był naprawdę ogromny. Hallway przestał zajmować się sobą i pojechał do studia telewizyjnego na udzielenie wywiadu. Roxanne, została sama w domu. Nie wiedziała jednak gdzie jest Tre.
- Tre, idioto ! Znowu się spóźniłeś! – BJ przywitał Cool’a tymi właśnie słowami.
- Dobra, cicho teraz. Rox wie że szykujemy dla niej impreze?
- Chyba nie, mam nadzieję że Magda się nie wypaplała…
- Haha, stary… kurwa jaki ja stary będę. Po Rox tego nie widać, chyba za dużo seksu…
- No może…
Tymczasem Magda wraz z Selmą, Fioną i Alex spiskowały nad prezentem dla Tre. Brakowało jedynie Rox, która jak zwykle dotarła po pewnym czasie, spóźniona.
- Korki były. – wpadła do salonu Dirnt’ów.
- Taa wiemy… - westchnęła nieco znudzona całą sytuacją Magda.
- To Rox, masz może pomysł na prezent dla Twojego męża?
- Kurwa nie wiem.
- Powiesz cokolwiek bez kurwy, czy mamy zakończyć współpracę?! – zbulwersowała się Alex.
- Wyluzuj Alex. – powiedziała Sellma.
- No to tak, Tre lubi … eee mnie. – powiedziała Roxanne i zaczęła się panicznie śmiać.
- Rox! Kurwa! Pomyśl! Nawet on potrafi coś z… kurwa! Widzisz do czego ty doprowadzasz, mogę się założyć że to było specjalnie. – powiedziała Magda.
- No było, było… nieno, myślałam o tym żeby przyjęcie niespodziankę mu zrobić. Co do prezentu… hmm wyjazd na warsztaty bębniarskie z testowaniem sprzętów i takie tam… do Niemiec.
- No no … nie głupi pomysł.
Wieczorem Magda zabrała Roxanne w opasce na oczy, a BJ wziął Treja. Pojechali różnymi samochodami, ale w umówione miejsce. Zakazali im jakichkolwiek rozmów. Gdy po godzinnej trasie dowieźli Cool’i do umówionego miejsca, którym był apartament w hotelu Hard Rock. Apartament miał dwa wejścia, jednym BJ wpuścił Treja a drugim Magda wpuściła Roxanne.
- Magda! Magda! Mogę już to ściągnąć? – wrzeszczała Roxanne.
- Rox, to Ty ? ała … - Tre potknął się o pufę, Rox słysząc głos ukochanego szybko ściągnęła opaskę i pospieszyła Trejowi na ratunek. – Wszystko w porządku kochanie?
- Teraz tak. – Tre ściągając swoją opaskę pocałował Rox.
- Wszystkiego najlepszego skarbie… z okazji urodzin. Kocham Cię. – powiedziała Rox i zaśmiała się na końcu, znowu się pocałowali.
- Spójrz, to ciuchy dla nas…. Mmm ale zajebiste! – powiedział Tre i wskazał na stertę równo poskładanych, czarnych ubrań na sofie w apartamencie. – Spójrz na to! Ten gorset jest boski! – powiedziała Roxanne. Ubrała się w przepiękny gorset i spódnicę z gniecionego materiału. Tre włożył białą marynarkę pod nią czarną koszulę i czarne wizytowe spodnie. Wyglądali przepięknie.
- Więc to był ich prezent dla nas… Wszystkiego najlepszego kochanie, żebyś nadal była taka cudowna, piękna, napalona i żebyś zwiedziła wszystkie kraje, które pragniesz zwiedzić. Kocham Cię. – Tre przytulił żonę. – Mmm… ale cieplutka jesteś.
- A Ty zimny dhrań. Kochanie, co to za koperta na stole? – spytała Roxanne po czym podeszła do stolika i wzięła małą kopertę. – ‘Nie mieliśmy za cholerę pomysłu co wam podarować dlatego dostajecie od nas ten apartament na cały weekend, tylko że dzisiaj… zapraszamy was na małą imprezę z okazji waszych urodzin. Wpadnie po was koło 22.00 ktoś z obsługi, a tymczasem zajmijcie się sobą. Buźka. Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin dla Rox i Tre życzy ekipa Green Day, dzieciaki i przyjaciele. ‘ Trejuniuniuniuniu kochanie, szykujemy się na imprezę. – powiedziała Rox, niedługo potem Cool’owie znaleźli się na przyjęciu gdzie też spotkali swoich przyjaciół. Jak na Cool’i przystało impreza była bogata, bogata w alkohol i oczywiście różne akcje.
Po imprezie zalani Rox i Tre wrócili do apartamentu. Reszta przyjaciół włóczyła się po pokojach hotelu Hard Rock albo po swoich mieszkaniach. Dzieciaki były w domu Armstrongów. W czasie imprezy rodziców zrobili własną imprezę.
- Ej… Widziałam Hallway’a jak robił sobie dobrze. – powiedziała Roomxes na co reszta wybuchnęła śmiechem.
- Serio? – spytał Jimmy.
- W ogóle gdzie on jest? – spytała Michelle.
- Nie wiem skarbie, chyba poszedł rzygać. –zaśmiał się Jimmy.
- Ale on robił to… nalej jeszcze wódki… - powiedziała Roomxes, Michelle nalała jej wódki ta wypiła.- Przed zdjęciem tej suki AVRIL LAVINGE!
- Powiedz rodzicom… - powiedziała Michelle.
- Ludzie, ale mam wyjebany plan! Hahaha… kurwa, mój łeb. – powiedział Hallway po czym sturlał się ze schodów.
- Wszystko ok? – spytał Chaos.
- Spoko, chodźcie zrobimy próbę. – powiedział Hallway podnosząc się z ziemi. Wszyscy byli wstawieni dlatego zaraz zebrali się i poszli do studia na piętrze. Grali głośno, i po chwili wynieśli cały sprzęt na zewnątrz salki nagrań. Po całym domu walały się gitary, kostki, pałki, tomy, talerze, basy kable i wszystko inne…. Dzieciaki były porozkładane po kątach.
***
Tititi
Rox Cool, a jakby inaczej... jest do odbytu ale zawsze
Kocham Cię Trejuniuniuniuniuś ;*
komentarze [11]Love flood... >> piątek, 23 listopada 2007 21:09:26
Od miesiąca nie mógł się doczekać. Ciekawość po prostu nie dawała mu spać. Nie mógł sobie odmówić tego spotkania, tym bardziej, że miał jedną jedyną szansę, bo ona wciąż była zajęta. Trasa koncertowa męża, dzieci i w końcu jej własna. Wszystko na jej głowie. Ale musiał ją zobaczyć. Mimo że minęło już 15 lat...
Jim Jefferson, teraz trzydziestodwuletni biznesmen, wyjątkowo zostawił swój nienagannie wyprasowany garnitur w szafie. Zmierzał bowiem do Oakland, gdzie odbyć się miał się koncert Pink Bedbugs. Nie zależało mu jednak specjalnie na samym koncercie. Dotarł w końcu na miejsce.
- Mamooooo!!! - krzyczał jakiś około trzynastoletni chłopak, biegnąc w stronę jakiejś kobiety odwróconej tyłem do Jima.
- Co się stało, słoneczko?
- Mamo, jestem profesjonalnym punkiem, nie nazywaj mnie słoneczkiem!
- Dobrze, dobrze. Co się stało, punku?
- Tata roz*ebał mi gitarę!
- Jak to? - kobieta nie mogła opanować śmiechu.
- No bo ten, struna mi poszła i obiecał, że mi ją wymieni. Powiedziałem, że oddam specjaliście, ale znasz tatę. No i jak zaczął wymieniać, to reszta poszła. Założył z powrotem, nastroił...
- No i w czym problem?
- W tym, że tak przywiązał, że to po*ebaństwo znowu się poodczepiało i strzeliło mi, ku*wa, między oczy!
- Synek, nie wyrażaj się tak nieładnie. Dobry tatuś ci przykład daje, nie ma co.
- Sam tak mówił, jak próbował ją nastroić... Pół godziny to robił... Zrób z tym coś, mama... Błagam, za 10 minut wchodzimy na scenę!
- Dobra, dobra, przecież twoje solo na akustyku dopiero na koniec, łap za bas i leć.
- Ale naprawisz to?!
- Tak, synek, trzeba było z tym od razu do mnie, wiesz, jak ograniczone są zdolności manualne ojca...
Mały pobiegł w stronę reszty swojego zespołu - chłopca dosyć do niego podobnego, ale sporo młodszego, który bębnił po wszystkim swoimi pałeczkami perkusyjnymi, i kumpla z zielonym irokezem. Kobieta usiadła na rozkładanym krzesełku i zaczęła naprawiać szkody wyrządzone przez męża. Jefferson już miał ruszyć w jej stronę, kiedy dostrzegł niezbyt wysokiego, czarnowłosego i mocno spoconego faceta. Ubrany był cały na czarno, na szyi miał czerwony krawat. Podszedł on do kobiety i przykucnął przy niej.
- Do czego to doszło, żebym grał support własnym dzieciakom. To powinno być odwrotnie…
- Daj spokój. Coś ty z tą gitarą wyczyniał?
- Próbowałem naprawić.
- Próbowałeś. Ale nie wyszło.
- I co? Jimmy poszedł do mamusi naskarżyć?
- Nie. Poprosił, żebym naprawiła to, co ty zepsułeś. I nastroić.
- O, nie, strojeniem to ja się zajmę. W końcu to ja tu jestem gitarzystą.
- Może nie zauważyłeś, że ja też gram na gitarze w swoim zespole. A tak poza tym to ty nie masz krzty subtelności w sferze kręcenia kluczykami. Piętnaście tysięcy razy poprawiasz jedną strunę. Ja to zrobię w pięć minut.
- I zrobisz prowizorkę!
- Tak jak ty z tymi strunami! Dziecku pręgi na twarzy przyprawiłeś!
- Co?!
- Odwiązały się i strzeliły mu między oczy!
- Serio...? Eee... Przecież to niechcący!
- Niechcący to ja za ciebie wyszłam!
- Ooo, to już lekkie przegięcie!
- Dobra, sorry. Przesadziłam.
Zapadła cisza. Mężczyzna przysunął się do żony i oparł głowę o jej ramię.
- Przeszkadzasz mi...
- Magduś, przepraszam.
- No, robisz postępy.
- Nie kłóćmy się o takie pierdoły.
- Ostatnio to tylko się o takie pierdoły kłócimy. I trochę zbyt często.
- Musimy ratować nasz związek. Zróbmy se dzieciaka! - wymyślił mężczyzna, szczerząc się szeroko.
- Mało ci jeszcze dzieciaków? Za starzy już jesteśmy. Prędzej już wnuków się doczekamy.
- A Tré i Rox to co?
- Wpadka.
- I co z tego? Też chcę taką wpadkę.
- A po co? Żebyś kolejne dziecko uszkadzał? Przypominam, że tydzień temu szpanując umiejętnościami gry na perkusji trafiłeś Haush pałką w głowę.
- Niechcący...
- Jak zawsze.
- No to jak?
- Co jak?
- Z tym dzieckiem...
- Ech... Zastanowimy się. Zobacz, wychodzą już na scenę.
Oboje wstali i poszli w stronę całej reszty, to znaczy swoich przyjaciół, a między nimi rodziców pozostałych członków zespołu i chórków.
- Hall robi postępy - powiedział jakiś facet z podobnym do lidera młodocianego zespołu irokezem na głowie. Tylko że nie był on zielony.
- No, muszę go pochwalić - odparła Magda, przyglądając się swoim dzieciom na scenie. - Staje się naprawdę niezły.
- Zawsze był niezły!
- Dobra, niech będzie...
- Magda, co to za koleś? Już od dłuższego czasu się na ciebie gapi - wskazał na Jeffersona inny facet z kubkiem kawy w ręku.
Kobieta spojrzała na niego. Z niedowierzania aż otworzyła usta. Powoli podeszła do Jima.
- Ty... Ty jesteś Jim...
- Zgadza się.
- Ja pierdzielę, ostatni raz widziałam cię...
- ... 15 lat temu.
- C-co ty tu robisz…?!
- A, tak przyszedłem. Zobaczyć jak się ma ta śliczna, trochę nieśmiała siedemnastoletnia Polka, z którą dzieliłem mieszkanie przez niecały miesiąc. Ale ta Polka już dawno jest Amerykanką, nie ma już siedemnastu lat, ma rodzinę i zrobiła międzynarodową karierę.
- No cóż... Kto mógł się spodziewać? A co u ciebie?
- W porównaniu z twoim życiem nic ciekawego. Firma. Papierkowa robota, te sprawy... Wiesz, jak cię pierwszy raz zobaczyliśmy w telewizji, to moja matka po prostu chciała cię zabić. Wiesz, ona nie znosi jakiegokolwiek sprzeciwu i łamania zasad, a ty nie poniosłaś za to żadnej kary. Wręcz przeciwnie, jesteś szczęśliwa...
- Tak, jestem szczęśliwa. Ale wcale nie dlatego, że złamałam zasady twojej matki. I uwierz, kiedy się wtedy wyprowadziłam, wcale nie było mi łatwo. Ta sielanka, którą tu widzisz, okupiona była wieloma cierpieniami.
- Aż ciężko mi uwierzyć, że to zauroczenie z Gilman wytrzymało tyle czasu - zamyślił się Jim, patrząc na Billie'go, a potem na błyszczące w zachodzącym słońcu obrączki obojga państwa Armstrong.
- Mówię ci, nie było łatwo. A ty? Jak tam sprawy sercowe? Żona? Dzieci?
- Mam dwójkę dzieci. I... rozwiodłem się z żoną.
- Przykro mi...
- Wiesz, to małżeństwo z góry skazane było na porażkę. Nie kochałem jej. Zrobiłem to tylko dlatego, że taki jeden gitarzysta podebrał mi jedyną dziewczynę, na jakiej kiedykolwiek mi zależało...
Magda zrozumiała aluzję. W innej sytuacji pewnie zawstydziłaby się, ale nie tym razem. Coś zbyt często słyszała ostatnio tego typu wyznania. Najpierw Gerard, potem Jim, którego nie widziała 15 lat.
- Przepraszam bardzo, kochanie, ale może przedstawisz mnie swojemu koledze? - zasugerował poirytowany i wyraźnie zazdrosny Billie, który właśnie podszedł.
- Skarbie, nie poznajesz Jima?
- Jedyny Jim, jakiego znam, to mój pierworodny.
- Jim Jefferson. Mieszkałam u jego rodziców jak przyjechałam z Polski... Zanim wyprowadziłam się do ciebie. To on nas poznał.
- Aha. No tak, to ty... Tak, kojarzę cię z Gilman.
Jim dostrzegł pewien rodzaj politowania w sposobie, w jaki Armstrong patrzył na niego. Być może wyczuł, że coś jest nie tak, jak być powinno.
- Kochanie, zaraz Jim... Extreme, oczywiście... ma solówkę...
- Tak, tak, już idę... Sorry, Jim, muszę lecieć. Miło było znowu cię zobaczyć.
- Ciebie też. Naprawdę.
Billie rzucił jeszcze jedno pogardliwe spojrzenie na Jeffersona i razem z żoną (którą ostentacyjnie złapał za dupę) podążył w najlepsze miejsce, z którego widać było ich syna, śpiewającego właśnie napisaną przez niego samego balladę, którą trzymał do tej pory w ścisłej tajemnicy. Wszyscy doznali swego rodzaju szoku, kiedy okazało się, że nosi ona tytuł 'Michelle'. Najbardziej zdziwieni tym faktem byli oczywiście panna Dirnt i sam Dirnt, który niczego nie podejrzewał. Szczególnie, kiedy to syn jego najlepszego kumpla przyssał się do jego ukochanej dwunastoletniej córeczki tuż po zakończeniu piosenki. A ta specjalnie nie protestowała.
- Mówiłam ci, Billie. Pewnie wkrótce zostaniemy dziadkami.
- Magda, nawet mnie tak nie strasz! - krzyknął Mike, ale Sell szybko go uspokoiła.
Po koncercie wszyscy wykończeni wrócili do domów. I wszyscy padli jak muchy. Oczywiście poza państwem Armstrong, którzy przysięgli sobie nawzajem, że zostaną ponownie rodzicami zanim zostaną dziadkami, albo przynajmniej umrą [z rozkoszy] próbując.
Castaway
P.S.: No, tak... Obiecałam powrót. I jest powrót. Ale póki co nie na stałe. Bo nie wiem, co z Rox, nie wiem, kiedy ja będę miała czas napisać coś znowu. Ale cóż, enjoy xD
P.S. 2: Takie małe coś...
Sweet Children
Zrobiłam, kiedy się jeszcze miałam czas nudzić...
komentarze [11]In the above entitled actions we find the defendant... >> sobota, 20 października 2007 18:52:51
- Załóż niebieską.
- Nie ma mowy, wkładam czarną.
- Nie! - krzyknęła Magda, szarpiąc za rękaw koszuli BJ'a, w który właśnie próbował wpakować swoje ramię. - Niebieską. Biała jest zbyt oficjalna, ale niebieska zrobi lepsze wrażenie, niż czarna. Włóż niebieską.
- Nie, kochanie. Wkładam czarną.
Spojrzał żonie w oczy. Zawahał się.
- Proszę. Niebieska.
- No już dobrze, dobrze...
Zapinał właśnie guziki koszuli, kiedy Magda odwróciła się w celu odnalezienia pasującego krawata. On jednak znał prawdziwy powód, dla którego nie chciała, by widział jej twarz.
- Skarbie, nie płacz. Będzie dobrze. Nie musisz tam iść, jeśli nie chcesz.
- Muszę. To dotyczy mnie. Zresztą mam zeznawać. Dzwoniłeś do moich rodziców?
- Tak, powiedzieli, że możemy im podrzucić dzieciaki. To co, idziemy?
BJ zarzucił marynarkę na plecy i razem z żoną wyszedł z sypialni. Wszyscy pięcioro wsiedli do samochodu w garażu. Dzieciaki zostały zawiezione do dziadków, Magda i Billie pojechali w stronę sądu...
***
- Nigdy w życiu nie zapomnę miny Gerarda, kiedy sędzia odczytał wyrok...
Armstrong nie mógł się powstrzymać i wyściskał żonę tuż po wyjściu przed budynek sądu.
- A taki był pewny, że mnie wsadzą!
- Ja wiedziałam, wiedziałam, że wygramy!
- Oj, nie byłaś taka pewna…
- Ciiicho… Przecież nie mogliśmy przegrać, po prostu nie mogliśmy...
- No, nie przegraliśmy, ale też nie wygraliśmy do końca...
- Oj, kochanie... - powiedziała Magda, przytulając się do męża. - Odszkodowanie to tam wiesz, niech sobie wsadzi te 10 tysięcy. A przynajmniej nie może się do nas zbliżać na odległość mniejszą niż 300 metrów.
- I to mnie najbardziej cieszy... Wreszcie nie muszę się obawiać o twoje bezpieczeństwo. Dobra, to co? Jedziemy do Cool’i, jak obiecaliśmy, co?
***
- Jak myślicie... - spytał przerażonym tonem Patrick resztę. Wszyscy zgromadzili się u państwa Cool - Wygrali czy nie...?
- Wiesz - odparł Mike. - W końcu BJ prawie zabił tego kretyna...
- Ale miał powód... Jak myślisz, Pete?
- Nie wiem... Mam nadzieję, że wsadzą go na niezbyt długo...
- Pete, aleś zasiał optymizm!
- Sorry, Sell, ale wiesz... Patrząc obiektywnie...
- Patrząc obiektywnie, to się palant sam prosił!
- Spokojnie, Tré...
- Jak go wsadzą, to go stamtąd wyciągnę.
- Jak?
- Wykopię tunel.
- Długo będziesz kopał, żeby średnica odpowiadała twoim wymiarom.
- Parówa, zamknij się.
Drzwi zaskrzypiały cicho. Do hallu weszli najpierw Haush, Jim i Chaos, za nimi ich rodzice.
- I co? - zapytali wszyscy chórem.
- Kto mi pożyczy trochę kasy? - spytał Billie grobowym tonem.
- Na co...? Na... kaucję? Lepszego adwokata...?
- Na odszkodowanie dla Way'a. A potem niech się pie*doli.
- I... tyle? Odszkodowanie i już?
- Tak. I już.
A potem Tré przyniósł piwo. A Gerard, gdzieś co najmniej 300 metrów od państwa Armstrong, opijał swoje wątpliwe zwycięstwo...
Castaway
P.S.: Sorry, miałam wyrzuty sumienia, że tak nic nie piszę. Takie małe gówno dla was. Wiem, wiem, żałosne.
komentarze [9]lifestyles of the rich and famous - trenji madden >> czwartek, 11 października 2007 16:11:14
dedykejszyn for
- ''fszycy z forum''
- TRENJI MADDEN
- Chooyarsk@
- Billie Joke
- Madzia Castaway ;**
- Hrabia Majkelus Drintula
- De proViants
- Sweet Children {Hallway, Roomxes,Chaos,Jimmy,Haushinka,Michelle}
###
- Tylko spójrz na to, to się uśmiejesz. – skomentował Tre Cool, który właśnie przeglądał zdjęcia czegoś co nazywają zespołem muzycznym, mało tego bo rockowym zespołem także to nazywają Good Charlotte mianowicie. Tre mówił do Roxanne, która była w trakcie strojenia werbla stojącego w gabinecie. – Nie rozumiem po co to robisz, to tylko ozdoba w tym pokoju.
- Spadaj Tre, a gdybym chciała sobie pograć? – oburzyła się pani Cool. – O Bożę, on ma logo American Idiot ! Eno, w sumie to … on taki… - mówiła.
- Jaki ? No! Jaki ?! – Tre stawał się zazdrosny o żonę, która symulowała zachwyt Benji’m Madden’em. – Nie wiedziałem, że gustujesz w straszydłach. Spójrz tylko… on jest beznadziejny, a ten makijaż i te kolczyki, fuuuuuj. – Tre komentował Madden’a z czystej zazdrości.
- Skarbie, a powiedz mi jedną rzecz
- Jaką ?
- Słyszałeś chociaż jedną ich piosenkę? – spytała Rox, a Tre milczał. Wymienili spojrzenia. Rox rzuciła cwane i wredne spojrzenie, takie gdy robiła jak miała rację a Tre patrzył jakgdyby nigdy nic, tylko się uśmiechnął. – A teraz się zamknij.
- Ale…
- Tre, jesteś okropny, krytykujesz ich a nawet nie znasz ich muzyki.
- Znam jedną piosenkę!
- Jaką?
- Noo wiesz, to takie…
- Śmieszny jesteś.
- Ohh Roxanne przestań, nie kłóćmy się o jakiś denny boysband.
- Nie nazywaj mnie tak, wiesz że tego nie lubię.
- Roox.
- Weź sobie lepiej kurwa wybierz coś na imprezę z okazji Helloween.
- A kto…
- Na stronie internetowej hotelu Hard Rock jest lista gości. Na razie, muszę jechać po Hallway’a bo jedziemy do sklepu muzycznego. – powiedziała Rox Cool i wyszła z gabinetu.
Mniej więcej około godziny później Roxanne znalazła się pod szkołę gdzie zastała samą Roomxes.
- Gdzie jest Hallway? - spytała Rox, na co mała nie odpowiedziała i wsiadła do czarnego Hummera H2 trzaskając drzwiami. – Szanuj się, młoda. Gdzie jest Hall? – Roxanne spytała po raz drugi, gdy nagle ujrzała syna wychodzącego ze szkoły i zmierzającego w stronę samochodu. Zaraz po nim ze szkoły wyszła grupa chłopców ze starszych klas. Gdy Hallway dotarł do samochodu, Rox zmierzyła go wzrokiem… - Jak Ty wyglądasz?! – oburzyła się matka.
- Normalnie. – burknął Hallway.
- Myślicie, że teraz pojedziemy do sklepu? – spytała zdenerwowana Roxanne, dzieciaki spojrzały na matkę radosnym wzrokiem jakby nic wcześniej się nie stało. Pani Cool, zawróciła samochód i z zawrotną prędkością ruszyła do domu. Hall i Roomxes, przez całą drogę szeptem mówili do siebie `To Twoja wina`. Gdy dojechali pod dom, dzieci wyszły z auta trzaskając drzwiami, zostawiając Roxanne samą ze wszystkim. Na podjazd wyszedł Tre, który minął dzieci w drzwiach.
- Hej Rox, co oni tacy podenerwowani? – spytał zaciekawiony.
- Te małe gnojki mają za dużo w tyłkach kurwa, wkurwia mnie to! Nie szanują tego co robię, żeby zarobić na ich pieprzone ciuchy i gadżeciki! Nie szanują tego co mówię, zawsze są jakieś podteksty i pretensje, nawet jak powiem coś dla ich dobra! Nie szanują swoich rzeczy, na które pracowaliśmy bardzo ciężko i długo! Nie szanują mnie, i Ciebie chyba też bo Ty całkiem masz ich w dupie! – wrzeszczała Roxanne, jedną z wielu rzeczy jakich nienawidziła było to, że ktoś nie szanuje jej i jej poglądów.
- Wcale nie mam ich w dupie… - mówił Tre.
- A co? Może ja codziennie imprezuję z moimi kumplami, hę?! – krzyczała Rox.
- Nie Ty i ja na pewno też nie. Jak imprezujemy to tylko razem. – powiedział Cool, bardzo spokojnie. Podszedł do żony, objął ją i przysunął bardzo blisko siebie.
- Widzisz Hallway, mówiłam Ci że się pogodzą. – powiedziała Roomxes, która razem z bratem oglądała kłótnię rodziców przez okno.
- Szczerze mówiąc, to mnie to wali. – burknął Hall i wyszedł z pokoju siostry. Roxanne i Tre w tym czasie zanieśli wszystkie zakupy do domu.
- Wiesz Tre, bo ja naprawdę nie wiem jak sobie radzić z … z nimi.
- Tylko widzisz Rox, musisz też zapanować nad sobą. Pamiętaj, że jesteś w ciąży i nie bardzo możesz się denerwować. Kocham Ciebie i dzieciaki, dlatego chcę żeby było ok., a jak Ty będziesz strzelać fochy na dzieci a one na Ciebie to nie będzie zbyt fajne. Dlatego, proszę Cię o wyluzowanie.
- Też Cię kocham, Treju. – Roxanne przytuliła się do Tre. – Kurwa! Trzeba się przygotować na jutrzejszą imprezę. Może zaprosimy dzisiaj Armstrongów?
- Możemy ich zaprosić, pod warunkiem że nie będziesz pić. – powiedział Tre.
- No dobra, to idź powiedzieć dzieciakom a Ja zadzwonię do BJ’a. – powiedziała Roxanne. Przez resztę wieczoru Cool’owie delikatnie imprezowali przed Helloween z Armstrong’ami. Rox, Magda, Roomxes i Haush wycinały dynie i robiły dekoracje a chłopcy jak zwykle gadali o muzyce i innych pierdołach.
Następnego dnia trójka zielonych ze swoimi żonami, ponieważ pozostała trójka miała swoje sprawy w Oakland i Berkeley oraz została z dzieciakami wybrała się do hotelu Hard Rock w Las Vegas. Do południa wszyscy zwiedzali Las Vegas, gdzie wydawali kasę, spotykali się z fanami i rozdawali autografy. Wieczorem w hotelowych Hard Rockowych pokojach zaczęli się przygotowywać do imprezy Helloweenowej.
- Magda, a za co przebiera się BJ ? – spytała Sellma.
- A bo Ja wiem, mówił coś o Spongebobie. A Mike za co?
- Mike za… za tego no… Draculę. – powiedziała Sellma. - Ej Rox a za co Tre się przebiera?
- Hm… sama nie wiem.
W końcu naszedł czas imprezy Helloweenowej. Wszyscy zieloni i nie tylko zieloni zgromadzili się na Sali imprezowej w hotelu Hard Rock. Impreza rozkręcała się coraz bardziej. Tylko Roxanne była zaniepokojona, ponieważ od kilku godzin nikt nie zwrócił jej uwagi o picie.
- Cześć Rox.
- O cześć eee… Benji? – powiedziała lekko zalana Rox.
- Co tam u Ciebie, ej jak ten Twój Trejo ma coś do mnie to niech mi powie.
- U mnie nawet spoko, właśnie nie widziałeś gdzieś Tre?
- Niestety nie, dla niego to raczej dobrze. Rozkwaszę mu gębę.
- Dobra, tylko że najpierw ja muszę go znaleźć. To hej. – powiedziała Rox i dość czule pożegnała się z Benji’m. Potem podążyła w stronę sceny na której aktualnie znajdował się zespół Yellowcard.
- Kochanieńki, i kto tu kogo wkurwia? Nie łaź za mną. – powiedziała Roxanne, w jej myślach mówiła to do Benji Madden’a, lecz tak naprawdę był to Tre Cool, jej mąż.
- Rox, co Ty pierdolisz? –spytał Tre, który szybko skapował o co chodzi.
- Tre przebrałeś się za Madena? Pojebało Cię?! Ściągaj te szmaty !- Rox darła się coraz bardziej na Tre.
- Piłaś!
- Aleś się skapł. – odpyskowała Rox Cool, po czym Tre próbował ją złapać za ręce. Lecz Rox była szybsza i wymknęła się z uścisków Tre. – Spierdalaj ode mnie! – krzyknęła. Na pierwszym planie piosenki Yellowcard ‘’Shadows and Regrets’’ ostre słowa wypowiedziane przez dziewczynę zbyt głośno nie zrobiły zbyt miłego wrażenia na pozostałych imprezowiczach. Po jakimś czasie, na scenę, która i tak była ledwo wyznaczonym kawałkiem na podłodze wkroczył zespół Good Charlotte. Rox w tym czasie siedziała z Selmą na ławkach znajdujących się naprzeciwko sceny.
- Ej Rox, spójrz! BJ obmacuje Magdę! Tam pod ścianą! O! A teraz idą w stronę klopa! - krzyknęła Sellma, która także była zalana.
- Nie pierdol! – wrzasnęła Roxanne, która była zazdrosna o dziewczyny ponieważ nagle pojawił się wampir Majkelus Dirntula i zaczął wysysać coś z ust Selmy. Sama Roxanne postanowiła wejść na scenę i zarwać swojego Trenji’go.
- Przepraszam Cię kochanieeeeee…- powiedziała Roxanne do mikrofonu i pocałowała namiętnie Benji’go Madden’a, którego uznała za Tre. Dopiero po usłyszeniu gwizdania, Rox otrzeźwiała.
- O kurwa… - szepnęła do siebie. – Hahaha! Nabraliście mnie, to nie jest Trenji tylko Benji ! No to co, śpiewamy coś… eee 100 lat i najlepszego dla Parówy, którego z nami nie ma! Sto lat, Sto lat, niech żyje żyje naaaaam, mimo tego że ma urodziny 11 listopada !Treju… kochanie zapraszam Cię do mnie. – na scenie pojawił się Trenji. – Zostałaś wkręcona Rox. – powiedział Tre i ucałował żonę w czoło. Wszyscy jakby zapomnieli o całym zajściu i zaczęli się znowu bawić. Rox także się śmiała. Jedynie Cool był nieco zniesmaczony całą sytuacją.
###
Rox Cool
you know że wszysctko co z maddenami jest be, ale to akurat może być cacy i chyba jest \m/
komentarze [8]Frustration >> wtorek, 2 października 2007 20:24:00
- Kurna, ja nie wychodzę na scenę.
Tré stanął z rękami splecionymi na piersiach z miną dziecka, któremu mama nie kupiła cukierków. Rox usilnie starała się go przekonać, żeby jednak zmienił zdanie.
- Skarbie, oni tu przyszli was posłuchać. Nie rób im tego!
- Oni przyszli popatrzeć sobie na mnie i BJ'a - największych kretynów showbusinessu... Gdyby nie to, wszystkie nasze koncerty świeciłyby pustkami.
- Lepsze to niż nic.
- Sława dobra rzecz, ale trzeba mieć honor. Nie idę.
BJ jednak złapał Franka za jedną rękę, Parówa za drugą i wciągnęli go siłą na scenę. Posadziwszy go na krzesełku za bębnami, ulokowali się na swoich miejscach. BJ westchnął głęboko, uśmiechnął się krzywo do publiki i przy pomocy kostki wydobył z gitary pierwsze dźwięki 'American Idiot'. Myślami był jednak gdzie indziej. Widział artykuł szkalujący jego, jego żonę i przyjaciół. Widział stronę internetową z zarzutami skierowanymi do niego przez faceta, którego jeszcze niedawno uważał za kumpla. Widział też zapłakane oczy Magdy, gdy mu opowiadała o wszystkim, co się między nimi wydarzyło. Poczuł ukłucie w sercu. Wszystko zwaliło mu się na głowę akurat na początku promocji nowej płyty.
Właśnie kończyli 'Holiday', kiedy potknął się o własne rozwiązane sznurowadło od trampka. Wpadł na Mike'a, a ten zatoczył się na Truskawę. Widownia wybuchnęła śmiechem. To go otrzeźwiło. Może Tré miał rację? Może oni wszyscy przyszli tylko po to, by zobaczyć na własne oczy, jak wygląda prawdziwy amerykański idiota?
- Billie! Billie, mendo, nie stój tak! Powiedz coś! - nawoływał Jason, szturchając go lekko gryfem gitary pod łopatkę. Dopiero w tym momencie zdał sobie sprawę, że od jakichś dwóch minut stał jak wryty gapiąc się bezmyślnie w jedną z licznych flag przedstawiającą rękę trzymającą granat. Znów przypomniały mu się bezsensowne zarzuty Way'a. Posłuchał jednak White'a.
- Eee... Ładna pogoda, co? Ł-ładny dzień... Który dziś mamy?
Chciał ugryźć się w język, ale nie zdążył. Tłum zaczął wymieniać znaczące spojrzenia i szepty. Billie wiedział już, że zawalił ogólne wrażenie z koncertu.
- Szósty - powiedział ktoś z pierwszego rzędu.
- Co?
- Szósty. Szósty października.
I wtedy mu się przypomniało. Mimowolnie spojrzał w prawo, za kulisy. Za metalową konstrukcją sceny schowała się jego żona. Mówiła coś do Roba. Wyglądała zupełnie inaczej niż 14 lat wcześniej. A jednak wciąż była tą samą osobą...
- Słuchajcie mnie wszyscy. Teraz zagramy 'The One I Want', bo tak się składa, że dziś mija okrągła rocznica pewnego ważnego dla mnie wydarzenia. Dokładnie 14 lat temu moja najukochańsza żona po raz pierwszy spędziła ze mną noc.
Magda zareagowała, jakby zobaczyła go pierwszy raz w życiu. Minę miała pod tytułem "What the fuck?", ale potem tylko się uśmiechnęła. To zachęciło BJ'a do gry. Jednak podczas kiedy on po raz kolejny wyznawał miłość żonie, tym razem za sprawą słów piosenki, tłum zaczął śmiać się, pokazywać rogi i krzyczeć "Frajer!" W ich oczach był ślepo zakochany w niewiernej kobiecie. On jednak znał prawdę i nic sobie z komentarzy tego typu nie robił. Gdy skończyli grać, zdjął gitarę, oddał ją komuś z obsługi koncertu i stanął na środku sceny, tyłem do ludzi. Nikt nie mógł się spodziewać tego, co on zamierzał zrobić. Zdjął mianowicie spodnie i wypiął się zgrabnie do fanów. Na pośladkach miał na tę ewentualność przygotowany napis "FUCK U". Podciągnął spodnie, klepnął zniesmaczonego Franka, który widział najwięcej, w ramię, skinął na resztę i wszyscy zeszli ze sceny w atmosferze gwizdów.
- Billie, jak mogłeś? - robiła mu wyrzuty Magda za takie traktowanie ludzi, którzy zapłacili, by ich oglądać, ale on tylko pocałował ją zachłannie i namiętnie.
- Idziemy się schlać w trzy dupy? - zaproponował, co reszta przyjęła bardzo przychylnie.
Wszyscy wkrótce wkroczyli do jakiegoś obskurnego baru niedaleko miejsca, w którym rozgrywał się koncert. Rozsiedli się przy stolikach. Nic nie mówili. BJ tylko przytulił się do żony.
- Sielanka, co? - powiedział ktoś, kogo najmniej spodziewali się widzieć w tym momencie członkowie Green Day.
BJ już miał się rzucić na Gerarda, który nie wiadomo skąd znalazł się przy ich stoliku, ale został zatrzymany przez Batona.
- Wypieprzaj stąd!
- Bo co?
- Gówno! Wypieprzaj!
- Spokojnie, Billie. Chciałem się tylko przywitać z twoją żoną...
- Kochanie, wychodzimy - powiedziała Magda, podnosząc się z krzesła. Billie zrobił to samo i oboje - przewracając Way'a na stolik obok - opuścili bar.
- Czekajcie, idę z wami! - krzyknął Tré i popchnął podnoszącego się Gee z powrotem na ten sam stolik.
- A Rox?
- Gdzieś z Patrickiem lata, o, Patrick! - zawołał zbliżającego się chłopaka.
- Co?
- Jak znajdziesz Rox, to powiedz jej, że jestem w domu.
- Dobra.
- Ej, Billie! - zawołał za nimi jeszcze Gerard. - Zajrzyj do skrzynki pocztowej. Czeka tam na ciebie niespodzianka.
# W tym samym czasie przy barze #
- Rox, nie powinnaś pić. Szkodzisz dziecku.
Pete podszedł do zalanej już w trupa Roxanne. Ta zachwiała się niebezpiecznie na krześle i spojrzała na mężczyznę.
- Przepraszam Tré, już nie będę.
- Rox, ja nie...
- Czemu mi nie powiedziałeś, że przefarbowałeś włosy? Ładnie ci w ciemnych. Ale irokez zawsze ten sam...
Kobieta podeszła do Wentza, obejmując go i całując czule.
- Rox, przecież ja nie jestem...
- Zamknij się, Tré, i weź mnie. Teraz, zaraz.
Pete nie mógł nie skorzystać z takiej okazji. W końcu wciąż ją kochał...
# W domu Armstrongów #
- Billie, co się stało?
Armstrong rzucił na stół w kuchni kopertę, którą przed chwilą wyjął ze skrzynki.
- Wezwanie do sądu? - spytała Magda z niedowierzaniem. - O co...? O pobicie? Łamanie praw autorskich? Przecież to brednie!
- To o prawach tak, ale przecież tak mu nakopałem, że miałem nadzieję, że się już nie pozbiera... A teraz pójdę do pierdla.
- Nie pójdziesz. Nie pozwolę na to...
Podeszła do niego i przytuliła go bardzo czule.
# W sypialni w domu Cool'i #
- Rox, gdzie ty się podziewałaś tak długo?
- Treju, ty tutaj? A mówiłeś, że jeszcze zostajesz...
- Co? Przecież Patrick miał ci powiedzieć... Ehh... Zresztą... Dlaczego ty jesteś pijana?
- Co ty? Ja? Pijana? Żartujesz...
- Rox, tak nie wolno...
- Ale byłeś zajebisty w tym kiblu, kochanie...
- W jakim kiblu?
Tré nie dowiedział się, o jaki kibel chodziło, bo Rox zmorzył głęboki sen. Sen, po którym nic nie pamiętała, poza cudownymi chwilami spędzonymi w łazience w barze z zakochanym w niej nieszczęśliwie facetem...
Castaway
P.S.: Rox mi kazała z tym Pete'm, to nie ja! xD
komentarze [8] ‘’ Kwiatki są zielone, a nie dzień… i na pewno nie punki. ‘’ >> poniedziałek, 1 października 2007 17:11:23
###
- Co to ma znaczyć do cholery? Gdzie jest mój pieprzony pamiętnik? – spytała Roxanne, która z każdym wkurzonym krokiem była coraz bardziej zdenerwowana zniknięciem jej pamiętnika.
- Oho, mamuśka się zbudziła… - powiedział Tre, który właśnie wykarmiał swe młode lunchem w kuchni pod postacią jajecznicy i coli. Po chwili Roxanne także znalazła się w kuchni.
- Cześć kochanie… - powiedziała Rox Cool. – Hallway, Roomxes idźcie na górę. Hallway Magda dzwoniła do Ciebie, dostałeś 3 maile, i masz jakieś wiadomości na ICQ, to było takie głośne że usłyszałam. Roomxes, ta babka od zajęć z rysunku odwołała jutrzejsze zajęcia, telefon Ci się chyba rozładował. Dobra, idźcie już. – powiedziała Roxanne a dzieciaki podziękowały za informacje i wyszły z kuchni.
- Rox co z Tobą? – spytał Tre i przytulił żonę.
- Ktoś mi zwinął pamiętnik, i jestem nie ziemsko wkurzona.
- Skarbie, ja nawet nie wiedziałem ze Ty coś piszesz, przy okazji to zginęły moje partie na bębny nad którymi ostatnio siedziałem w cholerę długo, tam były też te irackie bongosy. Rox, co ja zrobię, kończymy płytę, a w piosence którą montowałem ja nie będzie tego co jest przewodnim motywem.
- Nie wiem, może zadzwońmy na policje? Nie no żart, ale kurde ja szukałam tego głupiego zeszytu wszędzie i to dosłownie. Aaa właśnie Treju, ani w Twojej szufladzie bielizną ani w koszu na brudu nie ma tych zajebistych bokserek w panterkę, wyjebałeś je?
- Eee nie bardzo, mam dwie pary jedną na sobie a drugą miałem przedwczoraj i powinna być w koszu na brudy.
- Treju?
- No?
- Ktoś nas kurwa okradł. – oznajmiła Roxanne. Pu lunchu Cool popędził do studia.
- O kogo to moje piękne oczy widzą, Cool, i to Tre Cool. Tre palancie gdzie byłeś? – oburzył się BJ na widok kumpla.
- Zejdź ze mnie, chłopie. Ktoś nam zwinął kilka rzeczy, w tym ten wstęp do Extraordinary Girl.
- Co?! – krzyknął BJ.
- Jajco, wkurwiony jestem także … a w ogóle to co Ty tutaj robisz?
- Jak to co? Wykańczam płytę, dodałem kilka rzeczy do American Idiot, zdecydowałem ze jednak Brain Stew dołączymy do tej płyty.
- Ok., to ja zasiadam na moim tronie i spróbuję coś stworzyć. – powiedział Cool i wyszedł… do kibla. Po jakimś czasie wrócił pokrzątał się trochę w słuchawkach przy komputera, potem trochę przy bębnach a następnie przy bongosach. BJ w tym czasie wybył w miejsce dla Treja nie znane.
- No i mam. O BJ, przyszedłeś w samą porę. – powiedział Tre i puścił kumplowi swoje nagranie.
- Ej Tre, to wymiata. Stary, jak będziemy nagrywać nową płytę zwiniemy Ci wszystkie rzeczy z domu.
- Taa jasne. Już to skleiłem, bo wiedziałem że Ci się spodoba. A to jutro spotykamy się o której?
- O 10.00 tutaj z Rob’em i z resztą. Idziemy.
- Ok., spoko. – powiedział Tre i razem z Billie’m opuścili studio.
Zdecydowali, że pójdą do Dirnt’a, gdzie zrobili dużą imprezę z okazji zakończenia pracy nad płytą.
- Ej Tre, co właściwie wam zginęło? – spytał zalany Mike, Tre po pytaniu usiedział chwilę w milczeniu i powadze.
- Moje gatki w panterkę.
- Znaczy ze bokserki? – spytał BJ, który widocznie bardzo się przejął.
- No. Ej nie śmiejcie się. – mówił Tre.
- Tre, my ci współczujemy, z całego serca. – powiedział Mike, wydalił z siebie przez usta wszystko to co mu przeszkadzało wprost do miski z chipsami.
- Mike, ja lubię chrupki. –powiedział BJ.
- Ja też, ale wolę paluszki. – powiedział Cool, po czym wszyscy zaczęli się śmiać.
*
Następnego dnia trójka skacowanych i trójka trzeźwych wraz z jednym mądrym spotkali się w studiu nagraniowym.
- No to co, chłopaki. Płyta właśnie poleciała do sklepów w stanach, wieczorem odlatuje eksport do Europy i Australii. A dziś możemy świętować. – powiedział Rob Cavallo, producent Green Day. Mike na słowo ‘świętować’ popędził do toalety.
- Ten to ma… - skomentował Baton.
- No. – powiedział BJ. Impreza trwała w najlepsze, wiadomo jak to Green Day potrafią świętować.
Po kilku tygodniach, gdy płyta była dostępna prawie wszędzie American Idiot zaczął zajmować pierwsze miejsca na listach krajowych, i coraz wyższe na listach w europie.
- No no, patrz Magda w polskim Teraz Rock’u zajmujemy 3 miejsce w liście albumów miesiąca. A w naszym Rolling Stone zajmujemy pierwsze. – mówił zachwycony BJ.
- Mówiłam przecież że American Idiot będzie kolejnym przełomem.
- Miałaś rację kochanie. – Billie pocałował żonę. Nagle zadzwonił telefon. Billie odebrał.
- Cześć Tre… No, a jak Rox?... Co?!... czekaj, która strona? Eee nie ma tego… aha, na interniecie czekaj. To sprawdzę i Ci oddzwonię. – BJ odłożył słuchawkę . – Skurwiel jebany w dupę.
- Co?! Tre?! – krzyknęła wkurzona Magda.
- Nie, zaczekaj. Chaos! Podrzuć ojcu laptopa! – krzyknął BJ, po chwili przy nim znalazł się Chaos z laptopem na rękach. BJ szybko wyrwał sprzęt synowi i otworzył przeglądarkę internetową.
- Kurwa… - wzdychał Armstrong.
*
Tymczasem w domu Cool’i odgrywała się identyczna scena.
- Kurwa… co za popierdolony idiota! – wrzeszczał wściekły Tre Cool, który właśnie czytał wypowiedzi Gerarda Way’a i Pete Wentz’a na temat ich nowej płyty. Siedział właśnie na piętrze swojego domu w pokoju z komputerami i telefonami i wkurwiał się coraz bardziej.
- Tre, zamknij się. Właściwie to czemu tak wrzeszczysz?! – Roxanne darła się z kuchni, która znajdowała się na dole.
- Chodź i sama zobacz! – krzyknął Tre Cool. Po chwili nad monitorem znalazła się Roxanne.
- Co ?! Że niby Gerard narysował wam okładkę? ! Tre o co z tym chodzi?
- Kochanie, on pierdoli jak potrza…
- Zapierdolę im, to Pete zajebał mój pamiętnik. Co za chuj, i jeszcze użył mojego cytatu przeciwko wam, którego ja nie napisałam przeciwko wam ‘’ Kwiatki są zielone, a nie dzień… i na pewno nie punki. ‘’ – Roxanne była wkurzona, i to nie byle jak.
- Rox, tam niżej jest… link do pamiętnika Rox Cool.
- CO?!! CO TAKIEGO ?! Klikaj na to! Natychmiast ! – Tre posłuchał żony. Gdy Roxanne ujrzała kompromitującego bloga, na którym cały tekst był przerobiony i roiło w nim się od błędów, wyzwisk i opisów zdrad Tre, na które Tre zareagował bardzo mocno. Mianowicie zaczął wrzeszczeć na Roxanne, że go zdradzała.
- Tylko że tutaj wszystko jest przerobione, czytaj to :
‘’ Petey, znów mnie nie słuchasz.
Petey, uwielbiam kiedy mnie ruchasz.
Pete, mów do mnie jeszcze.
Oddychaj na mnie i płyń we mnie.
I niech ten palant Tre nic nie wie. ‘’ To żałosne. – skomentowała Roxanne.
- Rox, Gerard napisał że to ON ZROBIŁ MELODIĘ DO EXTRAORDINARY GIRL ! I że to on wymyślił tekst i muzykę Jesus of Suburbia i że Whatsername to jego piosenka dla Magdy. – mówił załamany, zszokowany i jednocześnie wkurzony Tre.
*
- Magda…
- No?
- Gee napisał, że nas o to pozwie. – powiedział BJ i zamknął laptopa.
*
Nikt już nie wiedział co ma robić.
#####
Rox Cool
^ pf, no w sumie to ja też nie wiem.
Kocham Cię Treju.
komentarze [7]Harry Potter i Pruderyjna Wędlina >> piątek, 21 września 2007 18:35:00
- Parówczaku ty mój…?
- Co…? – wyjąkał Jason w poduszkę.
- Może byśmy tak… wiesz…
- Fiona, nie chcę.
- Ja nie mogę. Żeby facet nie chciał.
Kobieta wstała z łóżka i podeszła do okna. Spojrzała przez nie na ulicę. Uśpioną, podmiejską ulicę. Zawsze tak robiła, gdy musiała nad czymś pomyśleć czy było jej źle. Przez ostatnie sześć lat, od kiedy tam mieszkali, zdążyła dokładnie poznać widok z tego właśnie okna. I to podczas każdej pory roku. Tym razem jednak nie znalazła w tym widoku ukojenia.
- Ty mnie już nie kochasz, prawda?
White odwrócił się twarzą do niej.
- Kochanie, już późno. Nie mam po prostu ochoty na brykanie.
- Znudziłam ci się.
- Ale pierdzielisz. Kładź się, potem rano będziesz nieprzytomna.
Ale Fiona się nie położyła. Wciąż gapiła się na srebrnego kabrioleta zaparkowanego na chodniku przed domem sąsiadów. Przypomniała sobie spotkanie z dziewczynami, które miało miejsce poprzedniego dnia. Musiała się przed kimś wygadać, kogoś się poradzić. Postanowiła sprawdzić, czy to, co podejrzewała, naprawdę było faktem. Tak, było. Szok? Nie. Zaskoczenie. I to nie dla niej jednej.
- Jason, muszę ci coś powiedzieć.
W czasie, gdy Fiona przypominała sobie wydarzenia poprzedniego dnia, Parówa zdążył znowu zapaść w głęboki sen.
- JASON!
- No co, co…?
- Muszę ci powiedzieć, że…
- Powiesz mi rano.
- Nie, powiem ci teraz. Ja…
- Rano.
- Jestem w ciąży.
- Co, Rox się już nudziło?
- Co?
- Znaczy ona już nie chce? Bo ten, skoro ci oddała… - odparł bardzo zdecydowanym, ale wyraźnie zaspanym i nieprzytomnym głosem.
- Jason, obudź się, idioto! Nie dociera do ciebie?! Za sześć miesięcy będziesz ojcem!
- Dobrze, kupię ci wrotki. Ale najpierw zjedz tego kalafiora.
Panna Carpet zrezygnowała z dalszych prób budzenia White’a. Uznała, że powtórzy mu rano, jak oprzytomnieje. Położyła się obok niego i owinęła się szczelnie kołdrą. Wtedy poczuła, jak Parówa zerwał się ze swojej poduszki. Pochylił się nad nią, wlepiając w nią przerażony wzrok.
- Będziesz miała kalafiora?!
- Nie. Będę miała dziecko. Będziemy mieli.
Mężczyzna nic nie odpowiedział. Po prostu wstał, wciąż gapiąc się na swoją kobietę z przerażeniem i, nie odrywając od niej wzroku, podszedł do krzesła, na którym zostawił ubranie, wciągnął je na siebie i wyszedł, zostawiając Fionę samą.
Daleko nie miał, zresztą nie czuł się na siłach prowadzić. Biegł.
Ojciec? Jason White ojcem? Nie no, przecież to się w głowie nie mieści. On jest za młody, stanowczo zbyt niedojrzały…
Za młody? Trzydzieści jeden lat to przecież nie tak mało.
Przecież zawsze marzył o dziecku. Taka zmniejszona wersja jego samego. Mały White. Albo White’ówna.
Ale dlaczego właśnie teraz?
Biegł tak szybko, że gdy dotarł na miejsce, padł na progu, by odetchnąć. Potem nacisnął dzwonek. Drzwi otworzyły się.
- Cześć… Chaos…
- Cześć, wujek. Stało się coś?
- Jest ojciec?
- Jest, ale…
Parówa zerwał się na równe nogi i pobiegł na górę.
- Wujek, nie idź tam!
- Bo co?
Ale perkusista Pink Bedbugs nie zdążył mu odpowiedzieć. Wparował do sypialni Armstrongów i od wejścia zaczął wrzeszczeć.
- Billie, ja i Fiona jesteśmy w ciąży, i…
Nie skończył, bo dotarło do niego, co przerwał. Magda sturlała się z łóżka i – wycierając usta wierzchem dłoni – wybiegła z pokoju. BJ poduszką okrył swoją nagość.
- Parówa, idioto, właśnie miałem dochodzić!!!
- Skąd miałem wiedzieć, że wy… zboczeńcy… Dziewięcioletni syn w domu, a wy…
- Pie*dol się, przynajmniej nie chodzę na dziwki, tylko z własną żoną… Czego chciałeś?!
- Poradzić się w sprawie dzieci, ale chyba nic tu po mnie, bo własne demoralizujecie. Spadam stąd.
Spadł. Dosłownie. Ze schodów. Pozbierany z podłogi przez Chaosa, popędził do Cool’i.
Złapał Tré i Rox w kuchni. Z całą pewnością nie robili sobie kolacji.
- Wy też?!
- Co też? – spytał beztrosko Frank, który znajdował się aktualnie pod Rox na stole kuchennym w bardzo dziwnej pozycji.
- Dzieci demoralizujecie.
- Dziecki poszły na imprezę do McDonald’sa.
- To wszystko wyjaśnia. Idę – powiedział jeszcze bardziej zniesmaczony Jason, kierując się do wyjścia.
- Ej, ej, czekaj! Nie sfilmowałbyś nas? Opatentujemy nową pozycję…
Nie pozostało mu nic innego, jak poprosić o radę Mike’a. Sell wyjechała na parę dni do rodziców, więc Parówka mógł mieć pewność, że nie zastanie ich podczas wspólnego fizycznego przeżywania miłości. Zapukał więc do drzwi. Otworzył mu lekko zdenerwowany i zmieszany Dirnt. Drzwi jednak uchylił tylko na łańcuchu.
- Cześć… eee… Jason… Coś się stało?
- Chciałem się ciebie poradzić.
- W jakiej sprawie? – spytał Mike, wciąż nie wpuszczając go do środka.
- Jestem w ciąży… Znaczy nie, Fiona jest w ciąży i…
- Dobra, zaczekaj…
Mike zamknął drzwi. White usłyszał dźwięki, które nie mogły być niczym innym, jak podciąganiem spodni, zapinaniem paska i wycieraniem dłoni o T-shirt. Drzwi ponownie się otworzyły. Majkel miał na koszulce wielką, obrzydliwą, białą smugę.
- Dobra, wiesz co? – zaczął Jason, któremu zbierało się na wymioty. – Ja chyba jednak sobie pójdę.
- O co ci chodzi? Jakoś nigdy ci to nie przeszkadzało. Zresztą podczas tras ty sam…
- Chyba się pruderyjny na stare lata zrobiłem. Cześć.
Wolnym krokiem zmierzał w stronę domu. Nic tak naprawdę mu to nie dało. Nikogo się nie poradził, a tylko się zniesmaczył. Zresztą doszedł do wniosku, że nie powinien był tak po prostu wychodzić. Przecież dziecko to coś najcudowniejszego. A on zachował się, jakby go przerażała myśl o wychowywaniu nowego małego człowieka. A było to nieprawdą. Już w tej chwili kochał to dziecko. Bał się więc, jak zareaguje na jego powrót Fiona.
Otworzył drzwi najciszej jak umiał. Wszedł do przedpokoju. Uznał, że Fiona już śpi, więc starał się nie robić hałasu. Jak wielkie było więc jego zdziwienie, gdy w pewnym momencie odwrócił się i zobaczył, że tam, gdzie jego wzrok powinien był napotkać ścianę, napotkał Fionę. Minę miała wyczekującą.
- Przepraszam – zaczął White. – Zachowałem się jak dupek. Ja… naprawdę bardzo się cieszę. Po prostu nie spodziewałem się…
Fiona patrzyła na niego chwilę z nieodgadnioną miną. Potem jednak uśmiechnęła się i wtuliła się w niego i pocałowała czule.
- Ciekawe jak zareagują pozostałe dwa Prowianty.
- Co? – zdziwił się Parówka.
- Leanne i Zeph też mają coś do powiedzenia Truskawce i Batonowi.
- Nie żartuj… Mój Boże. Rox… Ty… Leanne… Zeph…
- A znając płodność reszty możemy się spodziewać jeszcze innych niespodzianek. Oni chyba się ścigają, który będzie miał najwięcej dzieci. Na razie Mike przegrywa.
- Kocham was… Jak nigdy nikogo…
Jason White był pewny, że tej nocy był najszczęśliwszym wyrobem wędliniarskim na świecie.
Castaway
P.S.: Pam, param, pam, pam. Określenie „Prowianty” wymyślone przez Rox.
P.S. 2: Podczas sprawdzania rozśmieszyło mnie moje ostatnie zdanie xD
P.S. 3: Happy birthday, American Idiot xD
komentarze [9]Mówił do niej stojąc pod drzwiami, ale nie uzyskiwał odpowiedzi. >> czwartek, 13 września 2007 16:01:49
###
Dedykacja dla fShyStkicH Fanek kochanek Billusi@ i Gerarda <333 i dla wszystkich z forum, taa też was kocham i dla eee... dla każdego faceta który to czyta i dla babek też... no to byłoby na tyle.
###
„- > SKANDAL ! – panowie z Green Day mszczą się na kochankach swoich żon.
Kilka dni temu do szpitala miejskiego w Berkeley trafił ciężko pobity Gerard Way, wokalista grupy My Chemical Romance ostatnio widziany w centrach handlowych i restauracjach Kalifornii z żoną Billie Joe Armstrong’a. Wczoraj odzyskał przytomność i opowiedział nam całym zdarzeniu. ,, Nie pamiętam dokładnie co się stało. To żona BJ’a zmusiła mnie do tego żebym ją narysował nago, a potem schowała klucz do pokoju i kazała mi się rozebrać i cytuję ‘’ją pieprzyć’’. Dlaczego miałem nie skorzystać? Haha, śmieszy mnie jak dziewczyna jest tak mną zafascynowana jak ona, choć w końcu jej się nie dziwię.” Opowiedział nam Way, potem mówił jeszcze o starciu z Armstrongiem „ Nigdy nie przypuszczałbym że to on… przecież byliśmy kumplami, a on? Ile razy spotykałem go w trasie ZAWSZE BYŁ Z JAKĄŚ panienką (…)Wtargnął do mnie i bez żadnych wyjaśnień zaczął mnie popychać bić i kopać. Film mi się urwał. Obudziłem się dopiero tutaj i pamiętam tylko gniew w jego jadowicie zielonych oczach.” Gerard Way aktualnie jest także w bardzo ciężkim stanie psychicznym.
Fall Out Boy, wspaniała kapela która niestety wdała się w kontakt graficzny z niebezpieczną i nieobliczalną Roxanne Cool, perkusistką girlrockbandu The Outwited i żoną Tre Coola, którego zdradza na lewo i prawo. Najpierw widywano ją z Pete Wentzem a potem z resztą członków zespołu. Najczęściej jednak pani Cool upodobywała sobie Patrick’a Stumpa z którym widywano i dokumentowano ją w dość jednoznacznych pozach. Jak mówią nasi informatorzy pewnego wieczoru gdy ‘’ciężko pracowała’’ nad grafiką Fall Out Boy, tak naprawdę balowała z nimi w najlepsze. A biedny Tre Cool siedział i myślał o żonie. The Outwited wystartowali z kiczem i pogrążają się w niego coraz bardziej. Stworzony przez Magdę która ma talent do zleceń na pobicia gwiazd rock’a a do śpiewu wcale nie ma, Roxanne która do siebie załącza rysunki zwane grafikami i logami zespołów oraz Sellma, która wróciła do Mike’a Dirnt’a gdy Green Day zaczęli być sławni.” - Może mi ktoś wytłumaczy co to jest do cholery ? ! – krzyknął BJ, który rzucił pęk brukowych pisemek na stół w salonie Cool’i. Pete, Patrick, Tre Cool, Magda, Roxanne, Sellma i Mike siedzieli przy stole i oglądali cudowne gazetki.
- Mogę Ja? – Rox wstała.
- Tak. – powiedział BJ.
- Zamknij się, BJ! Po pierwsze nikt z nas nie jest w porządku! Na pewno, poza tym to może spróbujemy po kolei wyjaśnić wszystkie pierdoły, które zostały tam napisane. Ja mam tego dosyć! Jak to naprawdę było eee zgoda?
- No. – odpowiedzieli wszyscy.
- To może, my. Magda opowiedzmy im o Way’u. Tylko kurwa to nie opuszcza tego pokoju, a jak nie to znowu ‘’zemszczę się na kochankach mojej żony’’. – powiedział BJ a wszyscy się zaśmiali.
- Tylko jak wyjaśnić te zdjęcia? – powiedział Tre, który zobaczył w gazecie zdjęcia Roxanne ubraną dość wyzywająco, która szła z Patrick’iem po centrum handlowym. Inne zdjęcia przedstawiały imprezę w jakimś klubie gdzie Roxanne całowałam się z Pete’em, którego ręka wędrowała po dolnej części pleców Rox.
- Kochanie, pokaż to. – powiedziała Roxanne, a Tre podał jej gazetę. Pani Cool obserwowała zdjęcia. – To z Patrick’iem jest prawdziwe, ale zarówno zdjęcia z imprezki w klubie gdzie jestem z Pete’m i te na którym Gerard maca Magdę i Selmę po tyłku i to BJ’a z tą blond lalą to są fotomontaże. Jestem grafikiem, dlatego znam się na tym i dam głowę że to fotomontaże. Moje zdanie jest takie, że ktoś nas chciał ładnie udupić. – powiedziała Rox Cool.
- Tylko pytanie, kto? – spytała Sellma.
- Na razie to jest najmniej istotne. Skoro zdjęcia zostały wyjaśnione czas na tekst. Otóż było tak, że Gerard chciał mnie narysować. I to on… to on mnie zgwałcił. I wcale nie jestem ani nie byłam w nim zakochana, bo kocham tylko Billie’go. Tyle ode mnie. I nie kazałam Bj’owi go pobić. – powiedziała Magda.
- A Ja wpieprzyłem gnojowi, bo mu się należało… ale lepiej niech on nie robi z siebie sieroty. Zgwałcić dziewczynę miał odwagę? Co za palant… Co do panienek z którymi rzekomo Gee mnie widział to zazwyczaj były fanki które, sami wiecie… chcą fot, przytuleń, autografów. Także jeśli coś zostało odebrane jako zdrada Magdy, to odbiorca był pojebem. Tyle ode mnie. – powiedział BJ.
- Co do mnie, to… chyba teraz moja kolej. Tak. Tylko uwaga bo jestem ‘’niebezpieczna i nieobliczalna’’. Po pierwsze The Outwited nie jest girlrockband’em, po drugie z Pete’m nie spotkałam się ani razu sam na sam po trzecie z Patrick’iem te zdjęcia to fotomontaże, zgodzę się z tym że impreza była. Tre przepraszam, że musiałeś na mnie czekać… właściwie to wszystko. – powiedziała Rox Cool, nagle Pete Wentz podniósł się z miejsca. – Rox… - spojrzał na Roxanne – Odkąd gdy pierwszy raz zobaczyłem Twoje rysunki wiedziałem że nie mogą być z byle jakiej ręki, a gdy ujrzałem Ciebie i z Tobą porozmawiałem… Kocham Cię odkąd Cię poznałem, i wiem że nic nie będzie z naszego związku i wierz mi Tre, że nigdy wcześniej nie było. – Pete przenucił wzrokiem po wszystkich i usiadł na miejscu.
- A Ja w ogóle mam to w dupie, i spadam stąd. Nara wszystkim! – powiedział Mike i razem z Selmą wyszli.
- Dzisiaj sam pracuję w studiu, jeśli w ogóle to ma jakiś sens dlatego idę. – Tre Cool wstał z miejsca i nie żegnając się z Roxanne(tak czule i namiętnie jak zwykle) również wyszedł.
- Pete, Ja Ciebie naprawdę bardzo lubię. Uważam Cię za wspaniałego muzyka i faceta, ale moje serce i Ja należę do Tre. Nie chcę Cię ranić, dlatego jeśli zechcesz i uczynisz mi ten zaszczyt, zostan moim przyjacielem od serca. – powiedziała Roxanne i pod koniec wypowiedzi spojrzała Pete’owi w oczy.
- Jasne, że chcę. – powiedział Pete i pocałował Rox w policzek. – Przyjaciele chyba mogą się pocałować czasem, haha. – zaśmiał się Pete.
- Jasne, także jeśli wszystko jest już wyjaśnione ja idę do Treja, który na pewno stoi pod drzwiami i podsłuchuje, no to cześć Pete, pa wam! – powiedziała Roxanne i wyszła z salonu.
Minęło kilka dni, sprawa skandalu lekko ucichła ale mimo to Green Day oraz The Outwited nie pokazywali się zbyt często w miejscach publicznych. Każdy z nich miał swoje własne podejście do sprawy, jedni zwyczajnie to olali ale drudzy niestety… jak Roxanne na przykład znosili to bardzo ciężko.
- Rox, zejdź na kolację! Roxanne! No nie… znowu, jak zjecie to idźcie do łóżek. – Tre z dołu próbował zawołać Rox po raz kolejny. On siedział w kuchni z dzieciakami a Roxanne miała gdzieś ich wszystkich. Odkąd wróciła z grupowego spotkania zaszyła się w swoim pokoju, i wychodziła tylko dwa razy dziennie. Pierwszy raz żeby się przebrać lub umyć a drugi żeby się napić, a już naprawdę rzadko coś zjeść. Tre mimo zazdrości o Pete’a troszczył się o nią i przynosił jej coś do jedzenia. Mówił do niej stojąc pod drzwiami, ale nie uzyskiwał odpowiedzi. Jednak pewnego dnia Roxanne raczyła zejść na dół, co z tego że była tam w nocy ale została tam na więcej niż piętnaście minut. Cool słyszał ją z kuchni, widać także cierpiał na bezsenność jak wszyscy w tym domu od jakiegoś czasu. Postanowił spróbować rozmowy z żoną.
- Roxanne? – Tre szeptem wypowiedział jej imię, na co ona odwróciła się. Była inna niż zwykle, bo nie odezwała się ani słowem. Stała w czarnym podkoszulku przy kuchennej ladzie. We włosach miała zupełny nieład a w oczach strach, widać było jak dygocze jej ręka którą podnosiła kubek z herbatą. Spuściła wzrok. Gdy Tre zrobił krok, ona z nerwów upuściła kubek na podłogę.
Patrzała jak herbata zamienia się w coraz to większą i większą kałużę.
- Nie! Ja już nie mogę, mam dość tego pieprzonego życia! – krzyknęła. Tre podszedł do niej i próbował ją przytulić, jednak ta się sprzeciwiała i krzyczała dalej i głośniej. Nagle Tre użył czegoś co było jej potrzeba od dawna – siły mianowicie. Jedną ręką przywarł ją do siebie a drugą zasłonił jej usta tak żeby nie mogła dalej krzyczeć.
- Teraz posłuchaj kochanie, pierwsza sprawa to to że jak cię puszczę masz przestać krzyczeć, w zamian za to obiecuję że Ci pomogę, dobrze? – spytał, a Roxanne kiwnęła głową. Odsłonił jej usta.
- Cii… Teraz zamknij oczy i posłuchaj, najpierw weź głęboki oddech, o tak. I teraz słuchaj co mówię, uspokój się. To tylko głupia gazeta, a Ty zawsze będziesz wspaniałą perkusistką i gwiazdą. Są ludzie którzy kochają skandale, Ty nie musisz taka być ale musisz się uodpornić na krytykę. Poza tym kochanie musisz odżywiać się funkcjonować normalnie, i nie możesz się stresować bo stres w ciąży jest raczej nie wskazany. Otwórz oczy i się odwróć. – mówił Tre, a Roxanne go słuchała. Odwróciła się i dostała namiętnego całusa od męża.
- Ale Treju, skąd ty wiesz?
- Twój dziennik i zapis z przedwczoraj. – powiedział Tre po czym dostał z pięści Rox w ramie. – Pff. Mój Ty żałosny kochany Treju. – mówiła Roxanne. – A wiesz co to znaczy?
- Że będziemy mogli się pieprzyć przez 6 miesięcy ile zechcemy. – powiedział uradowany i podniecony Tre Cool.
- Wiesz co, może lepiej chodźmy spać.
- Rox, wiesz ze Cię lubie. – powiedział Treju i razem Rox wyszli z kuchni na górę do sypialni.
# Rox Cool #
komentarze [11]Three Cheers For Sweet Revenge >> niedziela, 9 września 2007 20:02:04
Nigdy nie pomyślałaby, że ciężko jej będzie spojrzeć własnemu mężowi w oczy. Że wolałaby zniknąć, niż pozwolić się mu dotknąć. Czuła wstręt do siebie samej. W końcu w pewien sposób sprowokowała całą sytuację. Chciała się zabawić, dlatego nie sprzeciwiała się zachowaniu Gerarda. Ale kiedy spostrzegła, że to zaszło za daleko, było już za późno.
W swoich oczach była brudna, skalana. Niegodna miłości Billie’go. Nie mogła sobie wybaczyć, że dopuściła do tego. Przecież ona tego nie chciała. Przecież nikt poza BJ’em nie miał dla niej żadnego znaczenia. Tylko on. Nikt więcej się nie liczył.
Ale i tak nie umiała spojrzeć mu w oczy. Te piękne oczy, przepełnione od kilku dni troską, bo nie wiedział, co się dzieje. Nie mógł wiedzieć. Nie mogła dopuścić, by się dowiedział. Nie przeżyłby tego. Ona zresztą też nie…
- Kochanie? – powiedział Billie, podchodząc do Magdy, która stała na balkonie z kolejnym papierosem w ręku. – Co ty tu robisz?
- Nic… Tak… Stoję.
- Choć do środka. Mamy gości. I odłóż to świństwo, w końcu sama mnie kiedyś za to do domu nie chciałaś wpuścić.
Próbował przytulić się do jej pleców, ale uniknęła jakiegokolwiek kontaktu fizycznego. Przeszła przez sypialnię, nie oglądając się za siebie. Billie dogonił ją.
- Kto przyszedł? Mike? Tré? Dziewczyny?
- Nie, właściwie to Patrick.
- Aha. To w porządku.
- I Gerard ma wpaść za chwilę. Właściwie to nie wiem po co, ale co tam, niech wpada, prawda?
Tego się właśnie obawiała najbardziej. Billie nie zauważył przerażenia na twarzy żony. Weszli do salonu. Patrick podszedł do Magdy i przytulił ją przyjacielsku.
- Ej, ej, Stump, hamuj się.
- Spoko, spoko. Ja nic nie robię.
Obaj się zaśmiali. Chyba sobie wszystko wyjaśnili.
- I co? Jak tam płyta? – zapytała Magda, siląc się na zainteresowanie. Właściwie nie miała zamiaru słuchać. Jej myśli krążyły zupełnie gdzie indziej.
- Rox zrobiła, co należy, ale płyta wyjdzie chyba dopiero w przyszłym roku. Nie wiem jeszcze dokładnie.
- Rozumiem, że dostaniemy jeden egzemplarz, co? – wtrącił się do rozmowy Billie. Siedząc na kanapie próbował przytulić żonę. Bezskutecznie, bo wciąż go odpychała.
- Jasne. To dla nas zaszczyt.
Zadzwonił dzwonek do drzwi. Magdę przeszedł dreszcz przerażenia. BJ podążył do drzwi i zaprosił Gerarda do salonu. Armstrong miała ochotę się rozpłakać.
- Cześć, Patrick – przywitał się Gee ze Stumpem. Zwrócił wzrok na żonę Billie’go i uśmiechnął się. – Cześć, Magda.
- Cześć.
- Co u ciebie? Wszystko gra?
- Ujdzie.
Z każdym słowem, które zawierała w swoich zdawkowych odpowiedziach, jej oczy napełniały się łzami. Nikt tego jednak nie zauważył.
- Siadaj tu, koło Magdy. Przyniosę coś orzeźwiającego. Co chcecie?
- Ja nie piję alkoholu – rzekł Patrick. – Poproszę sok.
- A ja się chętnie napiję – powiedział Gee.
- Magda?
- Co…? Nie… Nie, ja… Ja muszę jechać do Cool’i. Miałam pogadać z Hall’em.
- Nic nie mówiłaś…
- Bo zapomniałam. Wrócę późno. Cześć.
Wstała i pobiegła wręcz do drzwi frontowych.
- A buzi to co? – obruszył się Armstrong, ale w odpowiedzi spotkał się tylko z trzaskiem drzwi.
***
- Magda, no!
Armstrong chciała wemknąć się do domu niezauważona. Niestety, Billie już czekał na nią przy drzwiach.
- Wyjaśnisz mi, o co chodzi?
- A o co ma chodzić? – odparła, ale BJ widział jej zdenerwowanie.
- Unikasz mnie. Jesteś zdenerwowana, nieobecna. Na Way’a dziś zareagowałaś jakbyś już go nie lubiła, a myślałam, że się przyjaźnicie. Coś ci zrobił?
Magda już nie mogła wytrzymać. Nie miała siły. Z oczu, wciąż wpatrujących się w męża, pociekły gorzkie łzy. Pierwszy raz od dwóch tygodni przytuliła się do niego. Nie mogła opanować ataku histerii. Opadła na kolana, podtrzymywana przez BJ’a. Mężczyzna przestraszył się. Nawet dzieci usłyszały szloch matki, więc wszyscy troje zbiegli się do hall’u.
- Mamo… Co się stało?
- Tato, o co chodzi?
- Nie wiem, próbuję się dowiedzieć. Kochanie, powiesz mi?
- Powiem, ale… Błagam, nie przy dzieciach…
- Dzieciaki, na górę.
Haush, Jim i Chaos, przejęci całą sytuacją, posłusznie wykonali polecenie ojca. BJ wziął Magdę na ręce, bo nie była w stanie sama się podnieść, i zaniósł ją do salonu.
- Uspokój się, skarbie… Już dobrze…
- Nic nie jest dobrze, Billie…
- Magda, czy Gerard coś ci zrobił?
W środku Armstrong była rozrywana przez sprzeczne uczucia. Z jednej strony chciała mu to powiedzieć. Nie męczyć się z tym w samotności. Z drugiej strony bała się reakcji. Wolałaby nic nie mówić, niż stracić go, co mogło być efektem tego wyznania. Z jeszcze innej strony chciała, by ją zostawił, bo czuła się niegodna jego miłości.
W końcu powiedziała mu. Powiedziała, jak Gerard wyszedł wtedy z łazienki po tym, jak Billie zadzwonił. Jak złapał ją, uniemożliwiając ucieczkę. Krzyczała, ale nikt jej nie słyszał. Szamoczącą się, zaniósł na łóżko i taśmą klejącą przykleił jej ręce do prętów łóżka. Zakneblował ją. A potem chciała tylko, by skończył. By już przestał patrzeć na nią tak, jak patrzy na nią Billie, gdy się kochają w zaciszu własnej małżeńskiej sypialni. By przestał całować ją po całym ciele, oddychając przy tym krótko i płytko. To trwało wieki, a opowiadanie o tym niewiele krócej. Mówiąc to, Magda wpatrywała się we wzorki na dywanie, bo nie śmiała spojrzeć Billie’mu w oczy, gdy przyznawała się, na ile Gerardowi pozwoliła. Bo opowiedziała mu też o jego wizycie w domu Armstrongów, gdy była sama. Słuchał uważnie, nie przerywając jej. Gdy skończyła, westchnął głęboko.
- Dlaczego nie powiedziałaś mi wcześniej?
- Bo bałam się, że…
- Że co? Że uznam to za zdradę?
Armstrong pokiwała głową.
- Ufam ci i wierzę, że było tak, jak mi to opowiedziałaś. A teraz pozwolisz, że opuszczę cię na trochę. To nie potrwa długo.
- Dokąd ty idziesz?
- Nakopać złamasowi do ryja.
Nie zdążyła go zatrzymać. Już pędził w stronę Oakland.
Rzeczywiście, długo nie trwało doprowadzenie Gerarda do stanu nieużywalności. Bił i kopał, aż usłyszał cudowny chrzęst łamanych kości. Całkowicie wyzbył się jakiegokolwiek miłosierdzia, gdy spostrzegł rysunek na ścianie, przedstawiający jego żonę. Zostawił go w kałuży krwi, miotanego agonalnymi konwulsjami. Wychodząc, minął w drzwiach Mikey’a. Wiedział już, że nie ujdzie mu to płazem, ale miał to gdzieś. Pomścił dobre imię żony i uspokoił własne sumienie.
Wrócił do domu i przytulił Magdę najczulej, jak umiał.
Castaway
P.S.: Got nuthin’ left 2 say.
komentarze [14] <3 for you. >> piątek, 7 września 2007 22:34:44
nota dedykowana Tre Cool'owi. I tylko jemu <3.
###
- Cześć, nazywamy się Pink Bedbugs i zagramy dla was kilka piosenek! – powiedział Hallway, lider zespołu Pink Bedbugs. Był to ich pierwszy koncert przed dużą publiką. Wszyscy byli bardzo zdenerwowani, ale zaczęło się. Na początku było świetnie, zgrali się Hallway wyciągał dźwięki.
Lecz wszystko co piękne szybko się kończy. Nerwy i emocje wzięły górę nad zespołem PB, w sekundzie wszystko się zmieniło. Perkusja brzmiała za wolno, Hallway fałszował jak menel pod sklepem, gitary były całkowicie za głośno.
- No nie, Magda… ee kochanie, gdzie jest Magda? – spytała Rox, Tre jednak nie wiedział gdzie podziała się pani Armstrong.
- Sellma, Sellma ! – zawołała Roxanne do przyjaciółki, która także nie była zachwycona koncertem.
- No?
- Nie wiesz gdzie… o BJ, hej nie wiesz gdzie się podziała Magda? – spytała Roxanne BJ’a, który także szukał żony.
- Nie mam pojęcia, sprawdzę na backstage’u. – odparł Billie i zmył się za scenę. Nagle dostrzegł Magdą siedzącą w kącie, zupełnie odciętą od reszty. Była cała rozdygotana, w ręce trzymała papierosa. Była skulona i w mgle z dymu wyglądała jak zjawa. Widać było, że coś się stało. Sam fakt, że żona Armstrong’a wzięła papierosa do ust. BJ przez chwilę stał i patrzył na żonę, lecz nie wytrzymał długo bardzo się przejął, ale gdy chciał dotknąć Magdy aby sprawdzić co się dzieje ta zerwała się z miejsca i uciekła do łazienki. Sam Armstrong, zasiadł na miejscu żony.
Koncert się skończył cała grupa Pink Bedbugs znalazła się na backstage’u.
- Nie, Ja mam dość. – powiedziała Roomxes i razem z Michelle usiadły na sofie.
- Nie mogę mówić. – powiedział Hallway zachrypniętym głosem.
- O kurwa, moje ręce – mówił Chaos, wszyscy narzekali. Po jakimś czasie, do pokoju na backstage’u weszli Cool’owie, Dirnt i Sellma oraz BJ ze smutną miną.
- I jak? – spytał Jimmy.
- Eee … fajnie. – powiedział Mike, na co wszyscy przytaknęli. Potem spojrzeli na Tre i Rox.
- Hall pierwsza piosenka była zajebista ale resztę spieprzyliście. Mogliście się bardziej przyłożyć, prawda pani menadżer? – Tre zwrócił się do Magdy, która nagle stanęła w drzwiach.
- Ta, ja muszę lecieć. – powiedziała i wyszła.
- Dobra dzieciaki my też się zbieramy. – oznajmił Billie.
Tre zasiadł za kółkiem swojego srebrnego SUV’a i wraz z rodzinką wyruszył w podróż do domu. W samochodzie panowała cisza, dopiero po chwili Roxanne włączyła radio. I tak Cool’owie dojechali do domu.
- Dobranoc tato, dobranoc mamo. – powiedzieli równo Roomxes i Hallway. Roomxes poszła do swojego pokoju na górze a Hallway do piwnicy.
- Dobranoc dzieciaki. – odpowiedzi Rox i Tre.
- Tre, Ja myślę, że…
- Tak?
- Bo oni chyba nie mają kopa. W ogóle to Magda się gdzieś zmyła i w ogóle publika była bardzo wymagająca, noo… jestem dumna z moich dzieciaków i z reszty zespołu także ale wciąż coś mi nie gra. KURWA! – krzyknęła Roxanne gdy usłyszała, że dzwoni jej telefon. Tre poszedł na górę się kąpać a Roxanne odebrała.
R: CZEGO KURWA ZNOWU?!
Pete Wentz: Widzę, że przeszkadzam.
R: Przepraszam, poniosło mnie. Co chciałeś?
P: Posłuchać Twojego głosu.
R: Co do głosu to fajne chórki w ‘’Roxanne’’, a ścieżka basu jest świetna.
P: Dzięki, sam to układałem.
R:Nie ma za co, Pete słuchaj ja muszę kończyć. Na razie – Roxanne rozłączyła się, Pete był w tym czasie w hotelu po koncercie Fall Out Boy. Nie mógł przestać myśleć o Rox. Kochał ją, choć wiedział że ta miłość nie ma szans na przetrwanie i odwzajemnienie jego uczuć przez Roxanne.
- Pete, palancie znowu spieprzyłeś koncert! – Patrick i reszta zespołu FOB byli bardzo ale to bardzo wkurzeni na kumpla.
Późnym wieczorem, gdy Roxanne wreszcie skończyła zaległe rysunki i projekty dla Pink Bedbugs, poszła do sypialni.
- Treju, śpisz? – spytała szeptem, nie dostała odpowiedzi więc uznała, że mąż już zasnął. Sama także ułożyła się i usnęła.
- O kurwa, spierdalaj!!! – Roxanne krzyknęła, przebudziła się i spojrzała na puste miejsce obok. Wtedy uznała że Tre pewnie poszedł na fajkę albo spacer. Poszła sprawdzić czy dzieciaki śpią, a potem do kuchni. Wracając korytarzem poczuła ciepłą dłoń na jej talii i drugą na ustach. Było bardzo ciemno, ale mimo to wiedziała, że to Tre Cool ją zaczepił. Przytulił Roxanne do siebie i szeptał. – Tylko nie podglądaj. Gdy chciała coś powiedzieć uciszał ją pocałunkami, na oczy zawiązał jej opaskę żeby nie podglądała. – Tylko spokojnie. – mówił. Nagle wziął Roxanne na ręce i zaniósł do sypialni, położył ją na łóżku. Najpierw ściągnął jej buty, potem koszulkę. Roxanne była gotowa na zabawę z mężem,. Dlatego ubrała się w seksowną bieliznę, do której to Tre ją rozebrał. Czuła satynową narzutę na swoim ciele, czuła także pocałunki ukochanego. Tre podniósł Rox i stanął razem z nią na podłodze, Roxanne poczuła płatki kwiatów pod nogami i zapach białej róży pod nosem. Gdy znów Tre ułożył ją na łóżku, poczuła jak zostaje obsypywana płatkami. – Tre, ściągnij mi tę opaskę.
- Ciii… - Tre pocałował namiętnie Roxanne, w pocałunku ściągnął jej opaskę z oczu, gdy je otworzyła ujrzała coś pięknego. Naprzeciwko cudowne niebieskie i ogromne oczy Tre w których spojrzeniu mogła tonąć ciągle, a wokół… cała podłoga w płatkach białych róż. Na łóżku, piękna satynowa narzuta, na szafkach, półkach i podłodzie świeczki, w wazonach czarne balony. Nigdy w życiu nie widziała czegoś tak romantycznego.
- To wszystko dla Ciebie. Podoba Ci się? – spytał Cool i zamiast odpowiedzi został wyjątkowo namiętnie i romantycznie pocałowany. Leżał na łóżku obok Roxanne, po chwili ona siadła mu na kolanach okrakiem. Całowali się i rozmawiali. W tle grała piosenka Evanescence – My immortal.
- Kochasz mnie? – spytała Rox.
- Bardzo. – powiedział Tre.
- Jak bardzo?
- Bardzo.
- Powiedz to.
- Kocham Cię Roxanne, najbardziej jak się da i jeszcze bardziej. Chcę z Tobą być na zawsze.
- Kocham Cię Treju. – znów się pocałowali, potem leżeli przytuleni do siebie i patrzyli sobie w oczy. Czekali aż ostatnia świeczka zgaśnie, i zgasła.
# Rox Cool
i co, jak? mokro? sucho. a może...
Ja się uśmiechnęłam do siebie.
Bo bardzo fajnie mi jest, z tego ^ o.
komentarze [8]Wybaczcie, musiałam... >> poniedziałek, 3 września 2007 19:48:48
Śledził ją od paru dni. Chodził za nią wszędzie. Nawet, gdy poszła na zebranie rodziców do szkoły, schował się rogiem budynku, by na nią czekać, aż będzie wracać. Nic dziwnego, że Magda zaczynała myśleć, że popadła w paranoję. Każdy najcichszy odgłos sprawiał, że odwracała się przerażona, by sprawdzić, co było jego źródłem.
Za każdym razem jednak Gerard bał się podejść bliżej. Jej reakcja na jego obecność podczas rocznicy ślubu Cool’i była jednoznaczna – nie miała ochoty go oglądać. Ale nie mógł zabronić sobie oglądać jej.
W końcu odważył się. Wszedł za nią do sklepu odzieżowego. Nie była jednak sama.
- Sell, zobacz.
- Co?
- No spójrz. Śliczna tunika, byłoby ci w niej do twarzy. Przymierz.
- Nie… Co ty…
- Przymierz, no. Mike będzie zachwycony.
Sellma poszła do przymierzalni. Wtedy Gerard przystąpił do ataku.
- Cześć, Ma…AAAAAAAAŁAAAAAA!
Armstrong przestraszyła się. Obróciła się, jednocześnie wyciągając z torby gaz łzawiący, którym prysnęła Way’owi prosto w oczy. Ten zawył i schował twarz w dłoniach. Niechcący wpadł w wieszak z damskimi sukienkami, który przewrócił się razem z nim.
- Gerard! Kretynie, czy ty musisz się tak skradać?!
- Gdybym się nie skradał, uciekłabyś do kibla.
Magda zmarszczyła brwi.
- Dziwisz się? – spytała obrażonym tonem. - A teraz pozwolisz, że pójdę poszukać jakiejś fajnej koszuli dla mojego męża.
- Zaczekaj.
Gee złapał ją za rękę. Próbowała się wyrwać, niestety, na próżno.
- Ja nie chciałem. Wtedy… zagalopowałem się. W życiu nie zrobiłbym tego umyślnie.
Spojrzeli na siebie. Wyraz twarzy Gerarda był znowu iście anielsko niewinny.
- Wybacz mi. To się nie powtórzy.
- No dobra. Zapomnijmy o tym.
- O, cześć, Gerard – przywitała się Sell, która wróciła z przymierzalni.
- Cześć.
- I jak ta tunika? – zapytała Armstrong.
- Szczerze mówiąc, zakochałam się w niej.
- Dobra, idziemy poszukać czegoś dla Billie’go.
Cała trójka podążyła do działu męskiego. Wkrótce Magda znalazła jakąś koszulę, która odpowiadała gustowi jej i, najprawdopodobniej, jej męża. Way, jako że był podobnie zbudowany, przymierzył ją, by zobaczyć, jak leży. W końcu Magda zdecydowała się ją kupić.
- Ej, macie może ochotę na jakieś ciacho? – zapytał Gee, gdy wszyscy troje opuścili centrum handlowe.
- Chętnie.
W tym momencie zadzwonił telefon Sellmy.
- Tak, kochanie? Co…? Co ty mówisz…?! Boże…
- Co się stało? – zainteresowała się Armstrong.
- Michelle dzwoniła. Chciała ugotować obiad dla Mike’a i puściła kuchnię z dymem. Muszę tam jechać.
- No dobra. To na ciacha pójdziemy sami.
Sell złapała pierwszą lepszą taksówkę i popędziła do domu. Magda i Gerard skierowali się w stronę cukierni.
- No, Gee, jestem pod wrażeniem.
- Czego?
- No płyty, a czego innego? Kupiłam niedawno wreszcie, przesłuchałam… Podoba mi się.
- Kuuurde, ale ze mnie tłumok, przecież mogłem dać wam ją w prezencie… Naprawdę ci się podoba?
- No… Imole ty.
Zaśmiali się. Kelner w tym czasie przyniósł zamówione ciastka.
- Z płytą dałem dupy, ale na koncert w San Francisco musicie przyjść. Wszyscy. Dostaniecie VIP-owskie bilety. Będzie super.
- No ja myślę. Ej… Ta laska się na nas patrzy.
- Która? - Way odwrócił się we wskazanym kierunku. Rzeczywiście, jakaś dziewczyna spoglądała w ich kierunku. Zastanawiała się pewnie, czy to naprawdę ci, o których myśli.
- Kurna, jak ja nienawidzę, jak się tak na mnie ludzie gapią.
Wstała i podeszła do tamtej dziewczyny. Gerard tylko patrzył, jak Armstrong coś jej tłumaczyła. W końcu razem z tą dziewczyną wróciła do stolika.
- Josie, to NAPRAWDĘ jest Gerard Way. Gee, to Josie, wasza fanka.
- Cześć.
- Czeeeść… - odparła rozmarzonym głosem dziewczyna. – A ty naprawdę jesteś Magda Armstrong z The Outwited? Żona lidera Green Day?
- Wszystko się zgadza.
- A… czemu wy… razem…?
Magda zrobiła minę, jakby miała zaraz wybuchnąć, więc Gerard wziął sprawy w swoje ręce.
- Czy przyjaciele nie mogą już iść razem na ciastko? Od razu musi być romans?
- Chyba nie…
- No właśnie.
Josie wróciła do swojego stolika.
- Chryste, jak mamy tak się ciągle tłumaczyć, to ja…
Siadając, Armstrong szturchnęła stolik tak niefortunnie, że cała szklanka lemoniady, którą zamówił sobie Gee, wylądowała na jego ubraniu.
- O, cholera! Przepraszam!
- Nic nie szkodzi… Naprawdę, przecież to się spierze…
- Ale jesteś cały mokry…
- To pójdę się przebrać.
- Zawiozę cię.
Poszli do czarnego BMW BJ’a, którego Magda zaparkowała na parkingu centrum handlowego. Pojechali do domu MCR’u, który wynajmowali w Oakland. Nikogo nie było. Gerard wpuścił Magdę do środka, a sam poszedł się umyć. Armstrong w tym czasie siedziała w salonie. Nagle zadzwonił telefon domowy.
- Gee? – krzyknęła przez drzwi łazienki tak, by Way ją usłyszał pomimo szumu wody.
- No?
- Telefon dzwoni.
- Odbierz.
Magda, nie będąc pewną, czy chce to zrobić, podniosła słuchawkę.
- H-halo?
- Można z Gerardem?
- Kąpie się.
- Aha. To ja zadzwonię później. Przekażesz, że dzwoniłem?
- Jasne.
- Billie Armstrong jestem.
- BILLIE?! Kretynie, to ja!
- Kto?
- Żona twoja od 13 lat!
- MAGDA?! Co ty robisz u Way’a?! Chyba rozmawialiśmy już o tym…
- Oj, debilu! Oblałam do lemoniadą, przywiozłam go do domu, żeby się przebrał.
- Po co go oblałaś?
- Żeby oglądać jego seksi klatę. Przypadkiem no.
- Dooobra… Ale wiesz…
- Wiem, wiem. A co ty od niego chciałeś?
- Żeby wpadł na piwo.
- Aha. To będziemy za jakiś czas w domu.
- Dobra. Kocham cię.
- Ja ciebie też. Pa.
- Kto dzwonił? – spytał w końcu Gee, wychodząc z łazienki. Owinięty był jedynie ręcznikiem.
- Billie. Ubierz się.
- Co chciał?
- Na piwo cię do nas zaprosić. Ubierz się.
- Dobra, to zaraz możemy jechać.
Już chciał ściągnąć sobie z bioder ręcznik, by wytrzeć włosy, kiedy Magda wrzasnęła.
- UBIERZ SIĘ, DO CHOLERY!
- Dobra, spoko. Wstrzymaj konie. Przepraszam.
Way poszedł do swojej sypialni znaleźć sobie jakieś ciuchy, ale chwilę potem wrócił w samych bokserkach.
- Ty tak idziesz? – spytała Magda, patrząc na niego z politowaniem.
- Nie – odparł. Minę miał wyjątkowo poważną.
- To się odziej wreszcie, Billie czeka.
- Poczeka. Ja nigdzie nie idę.
- Dobra – odparła Armstrong, wzruszając ramionami. – To ja idę. Cześć.
- Nie idź. Zostań ze mną.
- Idę do domu, Gee.
- Nigdzie nie idziesz. Zostajesz ze mną, cholera jasna. I będziesz się ze mną kochać całą noc. Choćbym miał cię do tego zmusić siłą.
- Pojeb z ciebie, Gee. Cześć.
Magda złapała za klamkę.
Nie wyszła. Nie zdążyła. Gerard był szybszy.
Castaway
P.S.: Domyślacie się, mam nadzieję, co się działo dalej. Jakoś nie mam siły tego opisywać DOGŁĘBNIE.
komentarze [12]pink pen is ... >> piątek, 31 sierpnia 2007 21:29:44
# awww jak miło, jak dużo komentarzy. Mmm ... Dedykuję tę notę Trejowi,
(nie pij tak dużo kochanie), Tom'owi (;*), Castaway (jesteśmy zajebiste), Sellmie (wiem, nienawidzisz mnie i masz mnie w dupie), Haush (nie rozumiesz mnie i przez to czuję się taka emo, ale i tak Cię kocham) i tyle.
# lets czytać maj notka :
- Wróciłem! Roooox! – wrzasnął Tre gdy tylko przekroczył próg swego domu. Za nim do domu wszedł Patrick Stump, z telefonem przy uchu chichotał, przez co Tre nie mógł zrozumieć o co chodzi.
- To ja zaraz podejdę, pa… cześć, na razie, do zobaczenia, no hej. – mówił Patrick do telefonu, po chwili na dole zjawiła się Roxanne, cała roześmiana.
- Patrick! Mówiłeś że zaraz przyjdziesz, hahaha, głupku Ty. Witaj.- Rox przytuliła się do Patrick’a (po przyjacielsku oczywiście). Tre na to zareagował lekkim bulwersem, ale nie wrzeszczał. Starał się opanować…
- Ee, hej Rox! – powiedział, na co żona zareagowała dopiero po kilku sekundach. Pocałowała go w policzek.
- Jak minął dzień, skarbie? – spytała.
- Nawet. – mruknął Tre i poszedł do kuchni.
- No Patrick, powiedz jeszcze raz o jakie poprawki chodzi. Tak się śmialiśmy, że nie zrozumiałam. A, właśnie! Gdzie jest reszta?
- Wiesz, nie chcieliśmy Ci się zwalać na głowę wszyscy. Mogłoby się źle skończyć. Poza tym to Joe idzie udzielić jakiegoś wywiadu w radiu.
- Ahaa. Ok., pokażę ci jeszcze raz te rysunki. Proszę. – Roxanne podała Stump’owi zeszyt z jej obrazkami. Ten otworzył go i oglądając, zupełnie odpłynął.
- Czy to … - Patrick zatrzymał się na jednym z rysunków.
- Tak. – odpowiedziała Roxanne.
- Ej dobra Roxanne, słuchaj. Co do tego napisu to on jest zbyt… zbyt mało rock’owy. Wiesz chodzi mi o jakieś dodatki, gwiazdy itd. Tylko bez przesady.
- Okej, rozumiem.
- Hej wam, co słychać ? Ee Patrick, Joe dostał ofertę o gitarach czy coś, prosił żebyś wpadł do hotelu jak najszybciej. – Pete, basista FOB zjawił się w domu Cool’i.
- To na razie. – powiedział Stump, i wyszedł.
- Sorry Pete, ale masz jakąś sprawę? Bo Ja mam mnóstwo pracy.- powiedziała Rox.
- Roxanne, możesz mi pokazać te nasze loga?
- Wiesz Pete, Patrick kazał mi je zmienić… ale zobacz, zresztą Twoje zdanie też się liczy. Heheh- Rox podała Pete’owi teczkę z rysunkami, na co on zareagował tak jak Patrick. Odpłynął, zakochał się w jej rysunkach … i w niej samej także.
- Boże, Roxanne. Te rysunki są zajebiste! Nie wiem co Stump, idiota chciał w nich zmieniać. Proszę Cię jeszcze, gdybyś mogła mi podarować jeden z rysunków.
- Oczywiście, weź który chcesz. Oprócz tego.
- Hej Rox, gdybym dał Ci moje zdjęcie mogłabyś mnie narysować? Ale tak jak to, tak jak Ty sobie mnie wybrażasz.
- Żaden problem, tylko daj mi swoje zdjęcie i… nie wiem kiedy dostaniesz ten rysunek gotowy. Sam wiesz, że teraz pracuję nad grafiką dla was.
- Super, przytul sieeeeee… - Pete przytulił się z Rox, oczywiście był z tego bardzo zadowolony. Wiedział, że następnym razem musi posunąć się dalej żeby zdobyć Roxanne. Wyszedł z domu Cool’i.
Następne kilka godzin Rox spędziła nanosząc poprawki na grafikę FOB. Tre Cool przesiadywał w swoim pokoju muzycznym i tworzył.
- Spierdalaj mała dziwko! Nie, nie jestem synem Tre Cool’a. Spierdalaj! – to był Hallway, który właśnie wchodził do domu. Próbował odgonić od siebie jakąś fankę, która za wszelką cenę chciała poznać jego ojca.
- Hallway do cholery ! Co to za słownictwo! A Ty spadaj stąd, pomyliłaś się. – powiedziała Rox, fanka uciekła a Hall został przyciągnięty za ucho do domu.
- Mamooo, puść mnie. Puszczaj, nie dość że ojciec… Ałł. – Hallway dostał w ramię od Roxanne.
- Po pierwsz….
- ale!
- Nie przerywaj jak do Ciebie mówię, Hallway ! wracaj tu w tej chwili! Hallway! Hall, masz szlaban! Na tydzień. Masz tu natychmiast przynieść swój telefon i laptopa!Może brak kontaktów z rówieśnikami, oduczy Cię takiego słownictwa i zachowania! Pieprzony gówniarz… - Roxanne wkurzyła się na syna i to bardzo. Nagle do kuchni przyszedł Tre.
- Cześć. – powiedział. – Hej Rox, co jest?
- Hallway przegiął.
- Co tym razem zrobił?
- Wyzwał jakąś fankę, i to Twoją. Powiedział że nie jest Twoim synem,i później olał to co Ja powiedziałam, rozumiesz? Tre on mnie nie szanuje, Ja już nie mam siły do tego dzieciaka.
- Widzisz Rox, jakby siedział za bębnami to by go nie goniły fanki.
- Ale to była twoja fanka, Tre.
- I nie będę grać na perkusji! Nikt mnie nie rozumie! Nienawidzę takiego życia, wszyscy mnie kochają a najbliższa rodzina mnie nienawidzi. Macie telefony, dwa bo wczoraj kupiliście mi nowy, macie tego cholernego laptopa, weźcie sobie wsadźcie tez gitarę. Możecie mi nawet zabrać cały pokój, ale wali mnie to! Nienawidzę tego domu! –To był Hallway, zszedł na dół. Rzucił telefonami i laptopem.
- Hallway, natychmiast się uspokój! – powiedział Tre. – I co młody, teraz zbuntujesz się i będziesz sobie sam żyć? Nie będziesz, bo masz rodzinę i zostaniesz tutaj. Masz karę. Będziesz siedzieć w domu, odrabiać lekcje, czytać książki grać w gry planszowe, jeść żarcie średniej jakości i pożyjesz sobie jak normalny dzieciak.
- Ile? – Hallway przyjął pozycję olewczą, założył ręce, oparł się o blat stolika i spuścił wzrok.
- Tyle aż nabierzesz szacunku do nas, i do przedmiotów które posiadasz. Wyobraź sobie, że wcale nie tak łatwo jest nam charować dniami i czasem nawet nocą na to wszystko. Myślisz, że dom, psy, meble, sprzęt to wszystko mamy za darmo? – mówiła Roxanne.
- Tak, najlepiej czytajcie jeszcze mój pamiętnik, uznajcie mnie za ćpuna i pijaka. Wyślijcie na odwyk.
- Hall, nie odzywaj się tak do matki.
- Daj spokój Tre. Hallway idź na górę posprzątać swój pokój i Roomxes ma zrobić to samo. Góra jest wasza, ale to nie znaczy że ma tam być brudno i śmierdzieć. – powiedziała Roxanne, Hallway nadal stał w miejscu.
- Jazda ! – krzyknął Tre, a Hallway aż się wzdrygnął ze strachu i szybko poszedł do swojego pokoju.
- Tre, Ja nie wiedziałam że Ty potrafisz krzyczeć. – powiedziała Roxanne i pocałowała Tre. – Dziękuję że mi pomogłeś.
- Żaden problem. Trejciu? – Roxanne przytulała się do Tre.
- No?
- Martwię się o niego.
- Wiem, skarbie. Ja też, tylko nie mam pojęcia co my, możemy zrobić…
- Może na razie poczekajmy i zobaczmy jak się zachowuje, co?
- Dobry pomysł, a dziś kochanie może znajdziesz trochę czasu i się gdzieś wybierzemy, hm? – spytał Tre, a Roxanne mu odpowiedziała pocałunkiem.
Minęło kilka dni, Hallway wyraźnie się zmienił. W związku z tym Cool’owie pozwolili mu kontynuować prace nad nową płytą‘’ Pink pen is ‘’Pink Bedbugs. Roxanne po wykonaniu wszystkich grafik dla Fall Out Boy, wraz z zespołem The Outwited zabrała się za wykończenie i poprawki ich płyty ‘’ Season and wine ‘’. Green Day także pracowali nad płytą ‘’American Idiot’’.
- Pete, wszystko gotowe. To jest jeden z lepszych coverów. – powiedział Andy, perkusista Fall Out Boy. Chłopcy byli w domu u Pete’a w jego studiu nagraniowym. Nagrywali cover The Police – Roxanne.
- No i super, teraz tylko go wrzucić na płytkę. Zróbmy obrazek dla Rox i Tre! – powiedział Joe.
- Po co? – spytał Pete, kolejny raz przejawiła się jego zazdrość.
- Przecież dzisiaj jest 19 lipca, Cool’owie mają rocznicę. To, że Roxanne przestała dla nas pracować nie znaczy że nie jest naszą przyjaciółką, a Tre jest jej mężem i naszym kumplem. Pete, nie wydurniaj się. Wyślemy im maila. Obrazek zrobimy w paintcie. – mówił Patrick. W momencie wszyscy zasiedli przed kompem, gdzie rozpoczęła się prawdziwa burza mózgów.
- Cholera, może narysujmy kwiatka? – zaproponował Joe.
- Po chuja… - skomentował to Pete. – Ejj… Ja ja kocham.
- Pete, co Ty znowu pieprzysz? – spytał Andy.
- Kocham Roxanne! Roxanne Cool! Rox! Kocham ją. – basista poczuł się pewniej… ale nie na długo, bo nagle kumple. Tak, kumple z zespołu i jego przyjaciel zaczęli się mocno śmiać. - Nie widzę w tym nic śmiesznego do cholery!
- Ej chłopcy, dość. Mówisz poważnie Pete?
- Tak, wykurwiście poważnie.
- Powiem Ci coś Pete, nie wiem czy do na maxa zachęci ją do Ciebie ale idź teraz nagraj końcówkę do ‘Roxanne’ i powiedz tam kawałek tekstu. Myślę, że ona będzie Twoja. Idź, a zaraz po tym wypal kilka dysków i jeden z nich jej daj. – powiedział Patrick.
Wieczorem u Cool’i zebrali się wszyscy ich znajomi, aby świętować rocznicę ich ślubu.
- Wszystkiego najlepszego mamo i tato. – powiedziała Roomxes razem z Hall’em podając rodzicom prezent.
-Halllway, my też coś dla Ciebie mamy. – powiedziała Roxanne podając synowi telefon komórkowy.
- Przepraszam mamo, Ciebie też tato. Wybacz mi, ale nie czuję powołania do bębnów. Wybaczysz? – Hallway spojrzał na ojca.
- Jasne Hall, tylko stary pamiętaj. Żadnych wspólnych kawałków z Agulierą. – powiedział Tre, wszyscy goście zareagowali na to śmiechem. Nagle w głośnikach umocowanych przy suficie salonu Cool’i zabrzmiała ‘Roxanne’. W połowie piosenki, wszyscy zaczęli skakać i klaskać. Fall Out Boy także, tylko Wentz wciąż próbował skraść spojrzenie Rox.
- No nie teraz Patryś przesadził, dostanie w ryj. – powiedział Tre Cool, do BJ’a i Mike’a.
Tymczasem Rox ‘wywijała’ z Magdą i Selmą.
- Zajebiście im to wyszło. Zarąbista partia na basie.– powiedziała Sellma.
- Nooo, ej Rox a może to o Tobie?
- Coś sugerujesz? – oburzyła się Rox.
- Łooo jaka wściekła, hej Magda czyżby ktoś tu miał romans?
- Jasne, Rox kocha Patrick’aaa!!!!!!!!!! Ej laski, sorry ale Ja muszę iść do toalety. – powiedziała Magda, tak naprawdę uciekła bo zobaczyła, że w jej stronę zmierzał Gerard Way.
- Siemacie dziewczyny. Co tam? – Gee zagadał do Rox i Selmy.
- A jakoś leci, łoo ‘’Roxanne’’ się kończy. – mówiła Sellma. – Cholera muszę się wybrać do Wentz’a po taby na bas.
- Ok., spoko. To Ja idę na scenę zaprosić chłopaków z Fall Out Boy.
* I loved you since I knew ya , I wouldn’t talk down to ya , I have to tell you just how I feel, I won’t share you with another boy, I know my mind is made up. Roooooooooxaaaaaaaanneeeeee
I love You. For You Roxanne.* Głos Pete’a w głośnikach ruszył wszystkich. Rox właśnie zmierzała na scenę żeby podziękować chłopakom z FOB za piosenkę, ale gdy to usłyszała stanęła w miejscu. Próbowała znaleźć Pete’a wzrokiem ale wcześniej podszedł do niej Patrick.
- i jak się podobało? – spytał.
- Szczerze mówiąc to jestem w szoku, świetnie wam to wyszło. Ale…
- Łapy precz od mojej żony Stump ! – Tre krzyknął na Patrick’a i dał mu w twarz z pięści.
- Tre, uspokój się. Patrick to mój przyjaciel. W porządku?
- Jasne, spoko. – powiedział Patrick, na szczęście Tre był pijany i nie za bardzo trafił.
- Ej Roxanne, kocham… - mówił Pete.
- Tre jak mogłeś myśleć że mam z nim romans, porąbało Cię? Przecież wiesz, że ja jestem tylko Twoja i kocham tylko Ciebie.
- Ja pierdolę, nie będę więcej pić. Totalnie mi odjebało. – powiedział Tre. – Kocham Cię moooja Ty… - pocałowali się namiętnie. Impreza trwała dalej, Pete się załamał i zmył się ‘po angielsku’.
# Rox Cool #
komentarze [10]My Chemical ROMANCE >> środa, 29 sierpnia 2007 17:19:45
Ding-dong.
- O, ku*wa! – krzyknęła Magda, naciągając kaptur od bluzy na głowę i biegnąć do drzwi. Otworzyła je. Na progu ich pięknego, pięciopiętrowego domu, stał nie kto inny, jak Gerard Way, wokalista My Chemical Romance. - Oł, szit, Gee! Do środka, już!
Gerard z miną co najmniej zdziwioną, wkroczył do obszernego hallu, patrząc wyczekująco na panią Armstrong.
- Magda, po kiego ci ten kaptur?
- Boś zadzwonił do drzwi i nie zdążyłam skończyć makijażu. Nie możesz mnie bez niego oglądać.
- Bo co?
- Bo mam kompleksy. Idź do salonu, zaraz przyjdę.
Way usiadł w fotelu. Dostrzegł wazon na stole. Podniósł go. Był na tyle czysty, że Gee mógł w nim skontrolować stan swojego makijażu. Kiedy uznał, że nie rozmazał się za bardzo, odstawił wazon i wyjął z torby blok rysunkowy i zaostrzony ołówek. Podrapał się nim po głowie, ale gdy przyłożył grafit do kartki, zabrakło mu weny. Wtedy dostrzegł Magdę, która weszła do salonu.
- No, to co cię do mnie sprowadza? - zapytała.
- A bo ja wiem? Weny mi brakuje, a próbuję komiks skończyć.
- I co? Ja mam być twoim natchnieniem? - spytała retorycznie, nie spodziewając się odpowiedzi. - Chcesz się czegoś napić?
Poszła do kuchni, ale Gee poszedł za nią.
- Czemu nie...
- Soku? Wody?
- Miałem na myśli natchnienie.
Pani Armstrong odwróciła się od lodówki i spojrzała na mężczyznę.
- Odwaliło ci? Lata minęły, od kiedy ostatni raz byłam czyimś natchnieniem.
- No to chyba czas do tego wrócić, co? Mógłbym cię narysować.
- Dobra, czego chcesz się napić? - spytała znowu Magda, której pomysł Way'a wydał się niedorzeczny.
- Dlaczego nie chcesz?
- Bo już moje dzieci się mnie pytają, czy przypadkiem nie mam z tobą romansu. Wiesz, oni chyba myślą, że nazwa twojego zespołu zobowiązuje...
Gerard nie odpowiedział. Patrzył tylko, jak żona jego kumpla krząta się po kuchni. W końcu postawiła przed nim szklankę z sokiem grejpfrutowym.
***
- Cześć, Tré - strzelił Coola przez łeb Billie, włażąc bez pukania do jego salonu. - Rox w domu?
- Co ty - odparł Frank, robiąc żałosną minę. - Z Patrysiem omawia grafikę na ich płytę.
- Z kim? - zdziwił się Armstrong.
- Z Patrysiem.
BJ wciąż nie załapał.
- Ze Stumpem, tłumoku. Tym z FOB'a. Jezu, jak mnie ten koleś wpienia. W ogóle nie widać, że mi żonę podrywa.
- Nie tylko tobie. Magda jest nim zachwycona. Boże, przecież ten koleś ma dwadzieścia lat! To jeszcze gnojek!
- I nawet przystojny nie jest...
- Ale wiesz... Dla dziewczyn jest "czarujący i słodki"... Ehh... Muszę z Magdą pogadać. Ona coś za bardzo się za chłopakami ogląda.
- Co? - zdziwił się Cool. - Za kim niby jeszcze?
- Nie no, to akurat był fałszywy alarm, ale Gerard się do niej przystawiał. Musiałem go przystopować.
- Way?
- A któżby inny?
- Też gnojek. Co ona tak na młodszych leci?
- Bo ja wiem...
***
- No dobra, to teraz się połóż.
- Ależ się głupio czuję.
Magda położyła się na kanapie w salonie, Gee natomiast zajął fotel naprzeciwko niej.
- E tam, głupio. Nikt cię do tej pory po prostu nie rysował. A szkoda, bo piękno powinno być utrwalane dla przyszłych pokoleń.
- Gee, przestań.
- Dobra, dobra. Nie no, coś mi nie pasuje...
- Co?
- Hmm... Nie no, nie ma wyjścia. Rozbierz się.
- CO?! ODPIE*DOLIŁO CI?!
- Magda, posłuchaj. Teraz nie jesteś Magdą, ani ja nie jestem Gerardem. Ty jesteś modelką, a ja jestem artystą. I na tym się skupmy. Tu przecież nie ma jakichś podtekstów.
Pani Armstrong usiadła na kanapie, lekko skołowana. Spojrzała na Gee. Wyglądał niewinnie...
- Dobra, ale dzieciaki wracają ze szkoły o 15:30, BJ pewnie trochę później...
- Zdążę.
Way zamknął oczy, by Magda mogła położyć się na kanapie i zasłonić to i owo. Kiedy się odwrócił, nie powiedział ani słowa, tylko przyłożył ołówek do kartki i zaczął rysować. Według przekonania pani Armstrong, trwało to wieki. W pewnym momencie Gerard podniósł się z fotela i na kolanach przysunął się do kanapy. Wyciągnął rękę ku jej twarzy i już miała krzyczeć, żeby przestał, gdy on po prostu poprawił jej kosmyk włosów, który zaraz dorysował.
- Git. Skończyłem.
Odwrócił kartkę tak, by Magda mogła go zobaczyć. Zobaczyła siebie, wyglądającą na co najmniej dziesięć lat młodszą. Rysunek był naprawdę ładny.
- No, musiałeś z deka upiększyć moje niedoskonałości, ale wyszło ci całkiem zgrabnie.
- Nic nie upiększałem. Narysowałem to, co widziałem, oczywiście w wersji komiksowej.
- Dobra, skoro skończyłeś, to chyba mogę się już ubrać, co? Odczuwam lekki dyskomfort psychiczny.
Gerard westchnął.
- Chyba możesz, ale moim zdaniem bez ubrania wyglądasz znacznie lepiej, niż ubrana.
- Gerard, przes...
Nie udało jej się skończyć. I nawet się nie broniła. Wciąż ją całując, Gerard wdrapał się na Magdę. Dopiero, gdy zaczął rozpinać koszulę, dotarło do niej, co robi. Zrzuciła mężczyznę na ziemię, zgarnęła wszystkie swoje ciuchy i pobiegła w stronę łazienki, żeby się ubrać. Way stanął pod drzwiami i czekał, aż wyjdzie.
- Magda...
- Wyjdź stąd - powiedziała stanowczo kobieta, wskazując drzwi.
- Proszę...
- Wynoś się. I nie waż się wspominać komukolwiek o tym, co się tu wydarzyło.
Gee schował blok rysunkowy i ołówek do swojej torby. Wyszedł bez słowa. Poszedł do domu, który wynajmował razem z resztą swojego zespołu w Oakland. Swój najnowszy rysunek powiesił nad swoim łóżkiem...
Castaway
P.S.: Z dedykacją dla Haush xD
komentarze [12]














Szablon zmajstrowany przez MaJKową.
Wiecej? Pimp My LAY!.